Żydzi wobec wojny polsko-bolszewickiej. Rozmowa z prof. Tomaszem Gąsowskim

Tomasz Gąsowski

Tomasz Gąsowski

Wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego (Instytut Historii), kierownik Katedry Kultur Mniejszości Narodowych Akademii Ignatianum, autor m.in. książek Wojna polsko-bolszewicka: 1919–1920 (1990), Między gettem a światem. Dylematy ideowe żydów Galicyjskich na przełomie XIX i XX wieku (1996) i Pod sztandarami Orła Białego (2002).

O ideowym obliczu, politycznych preferencjach i zróżnicowaniu mniejszości żydowskiej w II RP, jej stosunku do komunizmu i do niepodległości Polski, a także o wpływie tych czynników na postawę Żydów w czasie wojny polsko-bolszewickiej z prof. Tomaszem Gąsowskim rozmawia Adrian Matuła.

Tomasz Gąsowski

Tomasz Gąsowski

Wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego (Instytut Historii), kierownik Katedry Kultur Mniejszości Narodowych Akademii Ignatianum, autor m.in. książek Wojna polsko-bolszewicka: 1919–1920 (1990), Między gettem a światem. Dylematy ideowe żydów Galicyjskich na przełomie XIX i XX wieku (1996) i Pod sztandarami Orła Białego (2002).

Adrian Matuła: Pierwsza kwestia, którą pragnąłbym poruszyć, dotyczy wpływu czynników zewnętrznych: terytorialnych, dziedzictwa zaborów, czy materialnych na stosunek mniejszości żydowskiej do rodzącego się i walczącego o swoje granice na wschodzie państwa polskiego. Czy można mówić o jednolitej mniejszości żydowskiej, czy też różniła się ona ze względu na granice zaborów, na status społeczny, finansowy? A także, czy po odzyskaniu niepodległości przez Polskę miała wypracowany wspólny stosunek do nowo powstałego państwa?

 

Prof. Tomasz Gąsowski: Najpierw spróbujmy wojnę polsko-bolszewicką umieścić jakoś w czasie i przestrzeni. Gdy idzie o czas jej trwania, to można go mniej więcej precyzyjnie określić. Mam tu na myśli okres dwóch lat 1919-1920, z finałem w postaci Traktatu Ryskiego w 1921 roku. Znacznie trudniej jest ustalić jej zasięg terytorialny. Rozgrywała się ona na obszarze, na którym powstaje dopiero państwo polskie. Jego kształt terytorialny ulega wówczas znacznemu powiększeniu. Z drugiej jednak strony rozległe przestrzenie na wschodzie, na których toczyła się znaczna część starć, wyznaczane przez Berezynę czy Dniepr, Mińsk czy Kijów, nie weszły przecież w skład II Rzeczypospolitej.

W Pańskim pytaniu jest ponadto zawarty jeszcze i trzeci wyznacznik. To „mniejszość narodowa”. Rzecz w tym, że ta kategoria w ujęciu prawno-ustrojowym, czy też prawno-politycznym, pojawi się dopiero w ustaleniach traktatu wersalskiego. W związku z tym, moim zdaniem, lepiej jest mówić po prostu o Żydach czy też ludności żydowskiej. Oni staną się mniejszością narodową w dzisiejszym rozumieniu tego słowa po ostatecznym zamknięciu procesu formowania II Rzeczypospolitej, tak w odniesieniu do granic, jak też ustroju. Nastąpiło to dopiero pod koniec 1922 roku.

 

Byli zbiorowością jednolitą czy podzieloną?

 

Oczywistą odpowiedzią jest, że była ona mocno zróżnicowana i to na kilku płaszczyznach wyznaczanych przez różne kryteria. Ich klarowne przedstawienie sprawia pewną trudność, bowiem płaszczyzny te częściowo się przenikały i krzyżowały.

Ale może zacznijmy jednak od tego, co ich łączyło, bo przecież musiały istnieć jakieś spajające więzi i zarazem wyznaczniki oddzielające Żydów od nie Żydów, tj. w naszym przypadku ludności chrześcijańskiej. Najważniejszym z nich było wyznanie. To judaizm rozumiany jako integralny system religijno-prawno-kulturowo-obyczajowy. Stanowił on mocny i trwały fundament wspólnoty. Ale tylko fundament, gdyż na nim wznosiło się już kilka odmiennych konstrukcji. Ich wyróżnikiem były odmienne sposoby praktykowania religijności, co pociągało za sobą szereg następstw w sferze kulturowej i obyczajowej, właśnie ze względu na ten integralny wymiar judaizmu. Nie wdając się w różnice doktrynalne, trzeba przecież odnotować, że mamy do czynienia z dwoma wielkimi grupami. To ortodoksi oraz charakterystyczni dla Europy Wschodniej chasydzi, przy czym tak jedni, jak i drudzy nie stanowili już wówczas monolitu. Trzecia zdecydowanie mniejsza grupa, to Żydzi hołdujący judaizmowi reformowanemu. To najczęściej elity, raczej w większych miastach, ludzie wykształceni, zamożni, ciągle religijni, którym jednak już nie odpowiada ortodoksyjna czy tym bardziej chasydzka formuła praktykowania judazimu. I wreszcie mamy na koniec jeszcze jedno środowisko, w naszej części Europy zupełnie niewielkie, którego nie należy jednak całkiem tracić z pola widzenia, gdyż z czasem będzie ono jednak rosło. To ludzie, którzy są indyferentni religijnie, lecz dalej uważają się za Żydów. Są formalnie członkami gminy żydowskiej, ale w zasadzie nie biorą udziału w praktykach religijnych, jedynie raz albo dwa razy w roku udawali się do synagog nowego typu, jak krakowski Tempel, żeby tam wysłuchać koncertu. Krótko mówiąc ta część społeczności żydowskiej była już dalece zlaicyzowana.

W zakresie prawnym i obyczajowym istniał podział na tradycjonalistów i zwolenników modernizacji, kultura zaś funkcjonowała w różnych wersjach: jidysz, hebrajskiej bądź w postaci akulturacji w duchu polskim, rosyjskim czy niemieckim. Widać więc wyraźnie, że już na tym podstawowym poziomie daleko było Żydom do homogeniczności.

A teraz idźmy dalej. Otóż społeczności żydowskiej nie ominęło zróżnicowanie, jakie dotknęło także Polaków. Było ono konsekwencją blisko półtorawiekowej egzystencji w trzech różnych państwach, zawsze przecież obcych. Z tego punktu widzenia da się wyodrębnić liczną społeczność „Żydów galicyjskich”, zorientowanych na wzorce płynące z Wiednia i w słabszej wersji ze Lwowa. Dalej, niezbyt duża grupa Żydów z zaboru pruskiego (niemieckich) miała cechy zbliżone do społeczeństwa niemieckiego. No i mamy Żydów zaboru rosyjskiego, których trzeba podzielić na dwie części, mianowicie na tych, którzy mieszkali na terenie Królestwa Kongresowego i podlegali częściowej polonizacji, oraz na pozostałych, zamieszkujących wschodnie obszary dawnej Rzeczypospolitej, czyli ziemie litewsko-białorusko-ukraińskie. Tam pojawiło się środowisko, którego członkowie ulegli daleko posuniętej rusyfikacji. Określano ich mianem „Litwaków”. Niektórzy z nich zawitali także do Kongresówki, w tym do samej Warszawy, częściowo wypchnięci tam przez carskie władze pod koniec XIX wieku. Mocno różnili się od miejscowych współwyznawców. Jeśli sięgniemy do niektórych, znakomitych także pod względem dokumentalnym, powieści Isaaca Bashevisa Singera, to znajdziemy tam postacie wywodzące się z tego właśnie środowiska i przykłady spięć z miejscowymi Żydami.

Inna ważna płaszczyzna zróżnicowania całej zbiorowości wiąże się z kondycją społeczno-ekonomiczną, poczynając od samego miejsca zamieszkania. Najliczniejsza populacja Żydów na tym obszarze żyła w miasteczkach, czyli tzw. sztetlach, znacznie mniej już w dużych miastach, a byli także Żydzi zamieszkujący wsie. I to jest jeden aspekt. Drugi to ich sposób zarobkowania, inaczej – źródła utrzymania i co się z tym również wiąże stopień zamożności (lub ubóstwa). Otóż nie wchodząc tu w szczegóły, wypada powiedzieć, że w zdecydowanej większości prowadzili oni działalność o charakterze handlowo-usługowym. W większości to drobni kupcy lub rzemieślnicy, raczej sporadycznie trafiali się także przemysłowcy, np. w Łodzi czy Białymstoku. Ponadto wspomnieć trzeba o ważnej grupie, którą moglibyśmy nazwać żydowską inteligencją, z racji pewnego stylu bycia, w którym ważne miejsce zajmowało niekiedy współtworzenie, a zawsze konsumowanie dóbr kultury. To byli Żydzi już wykształceni, z uniwersyteckimi dyplomami, praktykujący tzw. wolne zawody, a więc lekarze, adwokaci, notariusze, dziennikarze, rzadziej inżynierowie, a do tego jakaś nieliczna grupa artystów. W tym gronie pojawiają się także nauczyciele, z rzadka gimnazjalni, a jeszcze rzadziej akademiccy. Była jeszcza niewielka grupa Żydów utrzymujących się z pracy na roli, a nawet cieniutka warstwa ziemian. I tak z grubsza rzecz biorąc wyglądała struktura społeczna ludności żydowskiej w epoce i na obszarze toczonej wojny. Tę strukturę społeczną uzupełnia jeszcze zróżnicowanie majątkowe.

 Większość populacji żydowskiej to ludzie skromni, czy nawet ubodzy. Istniała nawet wówczas taka specjalna kategoria luftmenschen, w przenośni ludzi żyjących powietrzem, czyli takich, którzy w ogóle nie mają żadnego określonego źródła utrzymania, ale jakoś tam funkcjonują. Mamy również pewną grupę ludzi zamożnych, taką burżuazję czy plutokrację, która jest zlokalizowana przede wszystkim w największych miastach: Warszawie, Łodzi (patrz powieść i film „Ziemia obiecana”) czy Lwowie. Wyróżnić też należy dość liczną warstwę średnią, drobnomieszczaństwo, skupiające ludzi posiadających jakiś niewielki warsztat pracyss albo przynoszącą dochód nieruchomość, np. kamienicę. Natomiast reszta są to ludzie, którzy żyją w tych małych skupiskach, mają małe warsztaty, sklepiki czy stragany, w których pracują sami lub z pomocą rodziny, jeszcze inni, ubożsi zajmują się handlem obnośnym lub dźwigają na plecach podręczny warsztat służący do niewielkich napraw, z którym krążą od domu do domu i starają się wiązać jakoś koniec z końcem.

 

Zanim jeszcze przejdziemy do samej wojny…

 

Podążamy do niej nieustannie, ale to jeszcze nie koniec zagadnień związanych ze zróżnicowaniem żydowskiej społeczności. Mamy bowiem kolejną grupę, szczególnie istotną dla omawianego problemu, a wiążącą się z nastawieniem ludności żydowskiej do polskości, a w tym momencie także do odradzającego się państwa polskiego. Przynajmniej od połowy XIX wieku staje się widoczna wśród nielicznych na razie Żydów tendencja szukania kontaktu z polskością i Polakami. Nastawienie to cechowało zwolenników asymilacji, w tym przypadku równoznacznej z polonizacją. Nigdy nie stanowili oni większości, choć czasami bywali bardzo wpływowi. Żywo interesowali się sprawami Polski i polskiej kultury pod zaborami, a także podzielali polskie dążenia niepodległościowe. Emanacją tej postawy najbardziej chyba widoczną i piękną było około 650 młodych Żydów, którzy przewinęli się przez Legiony Piłsudskiego, niektórzy polegli, ale inni dołączyli do nich właśnie w czasie wojny w 1920 roku. To środowisko będzie także bardzo aktywne na forum publiczym w okresie międzywojennym.

I tu przechodzę do jeszcze jednej osi podziału. Oto część Żydów, właściwie elit żydowskich, będzie już na początku XX wieku zaangażowana ideowo i politycznie. W tym okresie wyróżnić można dwa główne nurty ideowe. Pierwszy to syjonizm, który coraz bardziej się różnicuje. Obrazuje to powstawanie kolejnych partii syjonistycznych. Po drugiej stronie sytuuje się także podzielona na kilka nurtów lewica. Jej najsilniejszą organizacją w okresie międzywojennym będzie Bund, ale sympatie lewicowe miały także innych reprezentantów, w tym związanych z ruchem komunistycznym.

Ale Żydzi definiujący się już jako naród, funkcjonują nadal w różnych obszarach kulturowych, czego najdobitniejszym przejawem są różnice językowe. Zacznę od Żydów, którzy weszli na ścieżkę akulturacji. Nie przebiegała ona jednokierunkowo. Zazwyczaj myślimy tu przede wszystkim o polonizacji i często asymilacji, lecz byli także tacy, którzy podlegali akulturacji w duchu niemieckim, zarówno w Galicji, jak i w zaborze pruskim. No i byli ci wspomniani „Litwacy”, którzy ulegli daleko posuniętej rusyfikacji, identyfikując się mocno z kulturą rosyjską. Większość jednak pozostała w obszarze języka (wtedy często określanego mianem żargonu) oraz kultury jidysz. Rozwojowi ideologii syjonistycznej towarzyszyło stanowisko mówiące, że język zrodzony w diasporze nie może być dłużej językiem wolnego narodu. Powinien stać się nim hebrajski, dotychczas wyłącznie język świętych ksiąg modłów. Istotnie, na jego bazie udało się dość szybko stworzyć nowoczesny język hebrajski.

Tak pokrótce wygląda to zróżnicowanie, które jak widzimy jest wielopoziomowe, nakładające się i dlatego udzielenie prostej, jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o zachowanie Żydów w czasie wojniy czy też ich stosunek do niepodległości nie jest możliwe.

 

Chciałbym teraz zapytać o to, jak wymienione wyżej podziały, czy to ze względu na zabory, sytuację materialną, czy podziały religijne wpływały na odbiór ideologii bolszewickiej i ocenę samego zagrożenia ze strony bolszewickiej Rosji. Czy np. Żydzi religijni dostrzegali zagrożenie ateizacją, upatrując równocześnie w Polsce obrońcę własnej kultury i religii? Natomiast bardziej majętni zwracali uwagę na rabunki dokonywane za wschodnią granicą, a z kolei biedota żydowska widziała jakąś szansę na poprawę swego losu w komunistycznej ideologii? Ostatnia już kwestia, o którą chcę zapytać, dotyczy zaś wpływu wcześniejszej polityki caratu i prześladowań religijnych na zrusyfikowanych Żydów oraz jak owa polityka wpływała na postrzeganie bolszewików. Czy kraj na wschodzie był dla nich nadal Rosją, czy też może już innym państwem?

 

Pańskie pytania traktują Żydów, o których tu rozmawiamy, jako ludzi w pełni świadomych tego, co się wokół nich dzieje i którzy w związku z tym są zdolni do podejmowania przemyślanych wyborów. Tymczasem było inaczej. Oczywiście elity, kierując się różnymi przesłankami, mogły zajmować takie czy inne stanowisko wobec rozgrywających się wydarzeń, dokonywać ideowych czy politycznych kalkulacji. Jednak większość tej społeczności stanowili ludzie, którzy widzieli przede wszystkim destabilizację dotychczasowego systemu, niekoniecznie korzystnego, ale już trochę znanego czy oswojonego. Obawiali się, że ta nowa, niewykrystalizowana jeszcze zmiana może pogorszyć ich położenie. Przemawiały za tym wiadomości napływające z Rosji. Dla nich nie było najważniejsze, czy bolszewicy biją białych czy też biali biją bolszewików, ale to, że jedni i drudzy biją Żydów. Nie postrzegano tego w ten sposób, że tutaj z jednej strony stoi czarna sotnia, a z drugiej czerwoni, w elicie których jest skądinąd sporo Żydów. Z autorelacji Izaaka Babla (Konarmia), żydowskiego pisarza i zarazem bolszewika, wynika, że gwałty popełniane przez Armię Czerwoną na ludności żydowskiej były równie częste i brutalne, jak w przypadku białych.

Ale obok tego pojawiła się wówczas w kręgach młodzieży i części intelektualistów żydowskich fascynacja ideologią komunistyczną, kreślącą wizję nowego, wspaniałego świata. I to takiego świata, w którym nie będzie już Żyda, bo nie będzie w ogóle determinantów wyznaniowych, narodowych czy rasowych. Wszyscy będą wolnymi i równymi ludźmi, zniknie antysemicka presja, zaś Żyd – a właściwie już nie Żyd, lecz tylko obywatel czy towarzysz – będzie miał szanse na awans społeczny i karierę na równi z pozostałymi członkami społeczeństwa. Wojna domowa czy też równolegle toczona wojna polsko-bolszewicka były właśnie urzeczywistnianiem tej idei. Z tego też powodu na obszarze, na którym toczyły się wojenne zmagania, bolszewicy mogli liczyć na pewną sympatię, a także realne wsparcie ze strony młodych Żydów. Takie sytuacje miały miejsce w latach 1919 i 1920, co z kolei musiało spotkać się ze zdecydowaną reakcją ze strony polskich władz czy wojska.

Często dzieje się tak, że ocena jakiegoś, drobnego nawet incydentu wywołanego przez nieliczną grupę, przenosi się na całość danego środowiska. Odwołując się np. do faktu, że młodzi Żydzi strzelali do oddziałów Piłsudskiego wkraczających do Wilna, można było stworzyć szerszą narrację, mówiącą, iż większość Żydów jest przeciwna niepodległości Polski i opowiada się po stronie bolszewików. A w związku z tym należy ich traktować w najlepszym wypadku jako piątą kolumnę, albo jako wręcz nieprzyjaciela.

Zaangażowanie pewnej grupy Żydów w budowanie nowego komunistycznego ładu w momencie, kiedy nawała bolszewicka dotarła nad Wisłę i kiedy powstają zręby Polskiej Socjalistycznej Republiki Rad, widoczne było szczególnie w jej tymczasowym centrum – Białymstoku. Jego intensywność budziła z powodów pragmatycznych duży niepokój w gronie polskich komunistów uczestniczących w pochodzie na zachód Armii Czerwonej. W późniejszych pismach i relacjach jednego z nich, Juliana Marchlewskiego, są bardzo krytyczne słowa na ten temat. Twierdził on, iż zakładanie Polskiej Republiki Rad przez ludzi, którzy mówią wyłącznie w jidysz, gdy w takim też języku publikowane są oficjalne dokumenty i obwieszczenia, nie mogło przynieść powodzenia. Stało się to natomiast niewątpliwie jednym z istotnych czynników kreujących wtedy stereotyp „żydokomuny”. Utwierdzał on w przekonaniu, że wszyscy Żydzi to potencjalni komuniści. Nawet jeśli na co dzień nie widać tego po nich, to na pewno gdzieś w głębi taka skłonność w nich drzemie i łatwo może być rozbudzona. Była to jedna z okoliczności utrudniających w okresie międzywojennym relacje pomiędzy Polakami a Żydami.

 

Stwierdził Pan Profesor, iż przeciętni Żydzi nie orientowali się w sytuacji politycznej oraz międzynarodowej. Jednakże partie polityczne, szczególnie te o odcieniu socjalistycznym, musiały mieć program uwzględniający stosunek do bolszewizmu i radykalnego rządu na terenach rosyjskich.

 

To może zacznijmy od Bundu. Ta partia żydowskiego proletariatu narodziła się na terenie litewsko-białoruskim pod koniec XIX wieku, a teraz dążyła do objęcia swymi wpływami także innych ziem wchodzących w skład powstającego państwa polskiego. Jej bardzo lewicowy i radykalny program był jednak wobec bolszewików nie całkiem jednoznaczny. Już w czasie wojny wyraźnie zarysowały się w tym względzie dwa różne podejścia. Doprowadziło to po wojnie do rozpadu partii na dwie części: Bund, nazwijmy to tradycyjny, nadal mocno lewicowy, ale poniekąd antykomunistyczny; oraz mniej liczny, skupiający zwolenników komunizmu, czyli tzw. Kombund. Członkowie tego drugiego znaleźli się z czasem w większości w partiach komunistycznych (oprócz polskiej działały także ukraińska i białoruska), zajmując bardzo widoczne miejsce wśród partyjnych elit. Tak więc w trakcie wojny polsko-bolszewickiej Bund jako całość nie okazywał nadmiernego entuzjazmu dla komunizmu w bolszewickiej wersji, a poszczególni działacze i członkowie tej partii zajmowali różne stanowisko wobec rozgrywających się wydarzeń.

Natomiast ciekawsza wydaje się sytuacja w przypadku drugiego, głównego i chyba nawet ważniejszego nurtu żydowskiej ideologii i polityki, a mianowicie syjonizmu, także mocno pluralistycznego. O ile syjoniści w odniesieniu do wojny polsko-bolszewickiej nie zajmowali jakiegoś bardzo określonego, jednolitego stanowiska, o tyle formułowali je w odniesieniu do powstającego wówczas państwa polskiego. Sprawa jego granic ważyła się podczas kongresu wersalskiego, na którym wytyczano powojenny kształt europejskiego ładu politycznego, a poniekąd także ustrojowego. W jego obradach uczestniczyła po raz pierwszy oddzielna delegacja żydowska, złożona z wybitnych amerykańskich i europejskich przywódców syjonistycznych. Pojawili się tam jako pewien niepaństwowy czy nienarodowy uczestnik toczonych debat i negocjacji, rzec można lobbysta o dużej już wówczas sile przebicia. Syjoniści mieli pewien projekt polityczny przygotowany jeszcze przed „wielką wojną” i dopracowany w jej końcowej fazie, zawierający dezyderaty dotyczące traktowania Żydów w krajach osiedlenia. Nie dotyczyły one krajów zachodnich, gdzie Żydzi byli już mocno zintegrowani z resztą społeczeństwa. Projekt odnosił się natomiast do nowo powstających państw w Europie Wschodniej, na terenie których znajdowały się duże skupiska ludności żydowskiej. Zachód, argumentowali delegaci, jest w pełni cywilizowany, bezpieczny, panują tu prawo i demokracja, natomiast wschód kontynentu jest widownią cyklicznych pogromów. Dotyczyło to w pierwszym rzędzie Rosji i Rumunii, ale również z Polski zaczęły wówczas napływać niepokojące sygnały, że takie rzeczy i tu są możliwe. Syjoniści, przedstawiając się jako reprezentanci ogółu żydowstwa, żądali zatem narzucenia tym krajom decyzją traktatową szeregu obowiązujących norm prawnych oraz instytucjonalnych, gwarantujących bezpieczną egzystencję. Służyć temu miała tzw. autonomia narodowo-kulturalna (w odróżnieniu od klasycznej autonomii terytorialnej) dla Żydów. Była to dość skomplikowana konstrukcja, wymuszona faktem, iż nie zamieszkiwali oni nigdzie dużego, zwartego obszaru, na którym stanowiliby na dodatek większość. Społeczność żydowska miała otrzymać także swą stałą reprezentację parlamentarną w postaci tzw. kurii żydowskiej, przedstawiciela w rządzie w randze sekretarza stanu, a także inne instytucje polityczne, kulturalne, społeczne i edukacyjne finansowane z budżetu państwa.

W przypadku Polski za pierwszy pretekst (potem pojawiły się kolejne) do argumentacji o występujących tam zagrożeniach dla Żydów posłużyło zdarzenie, nazywane niekiedy właśnie pogromem. Rozegrało się we Lwowie w listopadzie 1918 roku i było w pewnym sensie pokłosiem dramatycznego starcia polsko-ukraińskiego w mieście. Niezależnie od jego skali i różnie relacjonowanego przebiegu, stało się pewnym symbolem. Istniejący już wówczas szybki obieg informacji sprawił, że o tym, co wydarzyło się we Lwowie można było nazajutrz przeczytać w gazetach w Sztokholmie, jak i Buenos Aires, a dalszym efektem było śledztwo międzynarodowej komisji. Polska delegacja kongresowa, której ton nadawał Roman Dmowski, mający już wtedy opinię zajadłego antysemity, zdecydowanie odmawiała przyjęcia forsowanych przez syjonistów regulacji, traktując je jako dyktat naruszający suwerenność państwa. W związku z tym polskie starania o jak najkorzystniejszy przebieg granic, zwłaszcza granicy zachodniej, były z kolei blokowane przez syjonistycznych polityków, którzy zresztą woleli, by jak najwięcej Żydów znalazło się pod panowaniem niemieckim. Wieści i komentarze na ten temat docierające do kraju traktowano jako świadectwo ogólnej niechęci ludności żydowskiej do państwa polskiego. Była to druga okoliczność budząca u części elit i co za tym idzie także w części polskiego społeczeństwa daleko posuniętą nieufność wobec Żydów.

Ostatecznie lansowany przez syjonistów projekt żydowskiej autonomii nie został w pełni zrealizowany w żadnym z nowych państw. W Polsce Żydzi zostali wyposażeni na mocy przepisów konstytucyjnych we wszystkie prawa i przywileje, które przysługiwały pozostałym obywatelom Rzeczypospolitej. Stało się to powodem, dla którego elity syjonistyczne traktowały powstające państwo polskie z pewną rezerwą, oceniając, ile spośród narodowych interesów, zwłaszcza w zakresie równouprawnienia i bezpieczeństwa, da się w nim urzeczywistnić.

 

Czy w obliczu zagrożenia bolszewickiego władze polskie prowadziły jakieś działania, by pozyskać poparcie ze strony ważnej, żydowskiej mniejszości narodowej, szczególnie jeśli chodzi o politykę wewnętrzną i bezpieczeństwo państwa polskiego? Z taką siłą należało się przecież liczyć.

 

Już w chwili narodzin II Rzeczypospolitej, w listopadzie 1918 roku Tymczasowy Naczelnik Państwa zaprosił do Belwederu politycznych liderów tej społeczności, głównie syjonistycznych, celem poznania ich oczekiwań i wypracowania jakiegoś modelu współistnienia w ramach państwa. Ten gest nie był jednak powodowany obawą o zachowanie się Żydów w przyszłym starciu. Piłsudski, daleki od nacjonalistycznej orientacji, czuł się ideowym spadkobiercą tradycji Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Liczył zatem, że uda się wskrzesić coś z jej demokratycznego ducha wedle zasady „wolni z wolnymi, równi z równymi” i budować wspólnie wielonarodowościowe, wielokulturowe i wielowyznaniowe państwo. Żydzi mieliby w nim swe miejsce wraz z zagwarantowanym pełnym równouprawnieniem, ale bez żadnych różnic instytucjonalnych. Ale jednocześnie był też w pełni świadom potencjału tej grupy, mogącej bez trudu wpływać na stanowisko międzynarodowej opinii publicznej w ważnych dla Polski kwestiach. Ponadto niepokoiła go zapowiedź zjazdu narodowego, który Żydzi planowali zwołać w grudniu 1918 roku.

Takie postawienie sprawy przez Naczelnika nie satysfakcjonowało jego żydowskich rozmówców. W kręgu syjonistycznych polityków już wtedy zaczęły się rysować dwie orientacje, różniące się zresztą głównie w sferze taktyki. Jedna, radykalna, uważała, że trzeba w sposób nieustępliwy stać na gruncie syjonistycznego programu – „Manifestu kopenhaskiego”. O ustępstwach czy kompromisach nie ma mowy. Jeśli więc władze nie zaakceptują w całości syjonistycznych postulatów, to nie będzie żadnej współpracy politycznej poza elementarną lojalnością wobec państwa. Liderem tej grupy był wywodzący się z zaboru rosyjskiego i uformowany w kręgu syjonistów rosyjskich młody Icchak Grünbaum. Drugie środowisko, które skupiało syjonistów galicyjskich, było gotowe na dialog z władzami zmierzający do wypracowania jakiegoś kompromisu. Te dwie, niebawem już frakcje parlamentarne, będą funkcjonować w żydowskiej polityce w Polsce do końca lat 20.

W związku z tym postawy i zachowania Żydów w obliczu polsko-bolszewickich zmagań były uzależnione od takiej czy innej orientacji żydowskiej polityki. Natomiast ogół społeczności reagował na konkretne sytuacje, z jakimi się stykał. Byli to biedni, bezbronni ludzie, którzy po prostu boją się każdego wojska, bo wiedzą, że nic dobrego z jego pojawienia się w okolicy nie nastąpi. Niezależnie od tego, czy na czapkach mają orła czy też gwiazdę, była to zapowiedź kontrybucji, rabunku i różnych form przemocy. Jedynie bardziej uświadomione środowiska, a więc przede wszystkim elity, mogły próbować jakichś kalkulacji, opartych na politycznych racjach, emocjach lub grupowym interesie.

Emocje były jednak przede wszystkim udziałem Żydów spolonizowanych. Młodsi zgłaszają się na ochotnika do wojska lub nie uchylają się przed poborem i biorą udział w wojnie. Jedni giną na polu walki, inni umierają z ran lub zostają inwalidami, jeszcze inni trafiają do niewoli. Otrzymują też odznaczenia i awanse. To uniwersalny los żołnierza. Wszelako w momencie kryzysu wojny, w sierpniu 1920 roku miał miejsce incydent, który zakłócił tę demonstrację patriotyzmu ze strony żydowskiej młodzieży akademickiej. Bo oto gdy w odpowiedzi na apel władz, by zgłaszać się do formacji ochotniczych, jej przedstawiciele stawili się do wojska chcąc walczyć na froncie, zostali nieoczekiwanie internowani i umieszczeni w obozie w Jabłonnej. Usunięto również pielęgniarki PCK, które były Żydówkami. Wszyscy ci młodzi ludzie mocno przeżyli gorycz upokorzenia. Równocześnie w świat poszła wiadomość, że Polacy uwięzili młodych Żydów, którzy zgłosili się, żeby walczyć za ich kraj. Pamięć zbiorowa o tym wydarzeniu została utrwalona na długo i na dodatek w formie mocno zniekształconej, jak to często z pamięcią bywa. Dodatkowego dramatyzmu temu zdarzeniu dodał nieoczekiwany finał. Oto już po zakończeniu działań wojennych internowanych rozwieziono do kilku innych obozów, m.in. do Krakowa i Lublina. Podczas transportu do tego drugiego nastąpiła katastrofa kolejowa, w której zginęło 2-3 internowanych Żydów. Ten przypadkowy śmiertelny wypadek został wpisany w sens Jabłonnej jako obozu koncentracyjnego, stworzonego przez Polaków już w 1920 roku dla Żydów. I to w połączeniu z wcześniejszymi informacjami o antyżydowskich zajściach we Lwowie, a także kilku innych miejscach (np. Wilno, Pińsk, Płock, Mińsk Mazowiecki). Młodzi Żydzi oskarżani o pomoc bolszewikom, byli tam stawiani przed sądem wojskowym i w trybie doraźnym skazywani na rozstrzelanie. Wszystkie te okolicznosci budowały na zewnątrz negatywny obraz stosunku Polaków do Żydów, jednocześnie utrudniając tym drugim pozytywne nastawienie do państwa polskiego.

 

Na ile my możemy używać kategorii nowoczesnych, takich jak antysemityzm? Na ile natomiast zachowanie władz polskich było motywowane swoim własnym interesem, bezpieczeństwem wewnętrznym? Czy rozwiązania siłowe, prewencyjne były wymierzone konkretnie w Żydów, jako potencjalnych bolszewików, czy też we wszystkie grupy, które mogły stanowić zagrożenie?

 

To jest bardzo trudne pytanie, zwłaszcza ta pierwsza jego część. Przekonałem się o tym podczas debaty o relacjach polsko-żydowskich w II Rzeczypospolitej, w której niedawno uczestniczyłem. Tam właśnie kwestia ta była mocno dyskutowana, jakkolwiek bez jasnych konkluzji. Idzie tu o bardzo rozciągliwe rozumienie stosowanego, zwłaszcza współcześnie, samego terminu antysemityzm. Próbę zawężenia jego granic stanowi stosowanie niekiedy terminu nowoczesny antysemityzm. Oparty na ideologicznej podbudowie pojawił się w Europie gdzieś w latach 80. XIX wieku. Nakładał się on na to, co istniało już o wiele wcześniej, a mianowicie antyjudaizm związany ze sferą religijną. Żydzi, którzy nie przyjęli Jezusa, a na dodatek go zabili, czyli „bogobójcy”, są złymi ludźmi i należy unikać z nimi kontaktu. To jeden z powodów (nie jedyny!), dla których w środowisku chrześcijańskim, a szczególnie katolickim, pozostali „obcymi”. Antyjudaizm i antysemityzm nie ominęły rzecz jasna ziem Polski, potem I Rzeczpospolitej, która na przełomie XVIII i XIX wieku była największym skupiskiem ludności żydowskiej na świecie. Tu jednak pojawia się uzasadnione, ale równocześnie trudne do jasnego rozstrzygnięcia pytanie, czy każdy akt niechęci czy nawet wrogości wobec Żyda był przejawem jakiejś postaci antysemityzmu, czy też może mieścił się w ramach normalnych relacji międzyludzkich, które nie są wszak wolne od ostrej często rywalizacji na różnych polach. Ta zaś może prowadzić nawet do konfliktów. Współcześnie dominuje to pierwsze, szerokie podejście, można jednak zapytać, czy w odniesieniu do przeszłości nie jest ono przypadkiem ahistoryczne? Zwracał na to już przed wielu laty uwagę w jednym z felietonów w „Wiadomościach Literackich” (1925) Antoni Słonimski.

W kraju biednym, jakim była odrodzona Polska, o wszystko trzeba było zabiegać, a czasami wręcz walczyć: o miejsce na studiach, pracę, nawet kawałek chleba. Czy ludzie będą kupować u mnie, czy też w żydowskim sklepie? Czy przyniosą buty do naprawy do mego warsztatu, czy też pójdą do Żyda? Dlaczego żydowski krawiec ma więcej klientów? Gdy mnie się nie wiedzie, a jemu się powodzi coraz lepiej, to nagle uświadamiam sobie, a potem innym, że on przecież nie jest nasz, ale obcy, Żyd. I tu pojawia się właśnie taka, kluczowa moim zdaniem kwestia, która ciąży nad tymi polsko-żydowskimi, względnie chrześcijańsko-żydowskimi relacjami. Polega ona na tym, że Żydzi byli od początku właściwie do końca tymi obcymi. Trudno jest się z nimi skomunikować, bo nie znamy ich języka, a oni nie znają naszego, różnią się często wyglądem, mają jakieś dziwaczne obyczaje etc. Nie interesujemy się właściwie ich życiem, mimo że często są to nasi bliscy sąsiedzi. I działa to oczywiście w obie strony. Nawet kiedy w wieku XX dochodziło do coraz liczniejszych kontaktów, jako że Żydzi dosłownie i w przenośni wyszli z getta, dokonała się emancypacja, panuje równouprawnienie, to jednak niewidzialne bariery obcości i obojętności nadal w większości pozostały.

Bardzo celnie diagnozował tę sytuację w swoich wspomnieniach Rafael F. Scharf, intelektualista żydowski wywodzący się ze spolonizowanej, inteligenckiej rodziny w międzywojennym Krakowie. W czasach szkolnych miał wielu polskich kolegów, ale wspomina, że nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby zaprosić któregoś z nich do domu, podobnie jak i żaden z nich z pewnością nie pomyślał, aby jego ugościć. Ta autorefleksja pokazuje, że nawet pomimo tego rówieśniczego koleżeństwa jakiś dystans pozostał.

Znakomity pisarz tworzący w języku jidysz, wspomniany już noblista Isaac Bashevis Singer spędził dzieciństwo i wczesną młodość w małym miasteczku na Mazowszu, w bardzo pobożnej, ortodoksyjnej rodzinie. Jego ojciec był rabinem. W swoich mówionych wspomnieniach spisanych przez Agatę Tuszyńską zauważa: „mój ojciec nie znał ani słowa po polsku” i komentuje to na dodatek w ten sposób: „Żydzi przez 600 lat mieszkali na tej ziemi, ale nie uważali za właściwe poznanie języka narodu wśród którego żyją”. To mocne słowa, zwłaszcza gdy wziąć pod uwagę ich autora, ale tak rzeczywiście było. Jest to bez wątpienia jedna z zasadniczych przyczyn sprawiających, że na ziemiach polskich tak pod zaborami, jak i już w II Rzeczpospolitej integracja obu społeczności natrafiała na o wiele większe przeszkody niż w krajach Europy Zachodniej czy Stanach Zjednoczonych. Widoczne postępy we wzajemnym poznaniu i zbliżeniu nastąpiły tylko w stosunkowo nielicznych kręgach inteligenckich.

Na Zachodzie, gdzie integracja znacznie bardziej się powiodła, doszło nawet do uformowania się w poszczególnych krajach nowej tożsamości. Jej przykładem niech będzie Żyd niemiecki, albo Niemiec pochodzenia żydowskiego, podobnie było we Francji, nawet Węgrom w znacznym stopniu to się udało! W Polsce jednak tylko niezbyt liczna i trudna do oszacowania grupa Żydów stała się rzeczywiście, z własnego wyboru Żydami polskimi. Większość niezmiennie pozostała „Żydami żydowskimi” (określenie E. Mendelsona). Tłumaczy to po części, dlaczego Żydzi masowo nie rwali się do wojska, aby gdzieś tam w polu, pod białą brzozą lec w bratniej mogile między polskimi rówieśnikami. Choć warto wspomnieć, że po wojnie uformowało się środowisko kombatanckie liczące ok. 6,5 tys. członków, skupione w Związku Żydów Uczestników Walk o Niepodległość Polski. Sporo z nich było i oficerami, niektórzy pozostali dalej w wojsku II RP, awansowali, byli dekorowani orderami.

 

Chciałbym jeszcze dopytać o związek kategorii „obcego” i propagandy wojennej. Na ile świadomie w polskiej propagandzie używano wizerunku Żyda i „żydokomuny” podczas samej agresji bolszewickiej w, czy to była oficjalna propaganda rządowa, czy związana wyłącznie ze środowiskiem narodowym i endecją?

 

Była to propaganda mająca istotnie źródło w nacjonalistycznym, głównie endeckim widzeniu tej kwestii. Motyw ten okazał się jednak na tyle nośny, że stał się powszechnie stosowany w wojennej, „antybolszewickiej” propagandzie. Jej oddziaływanie było wzmacniane przez Kościół. Trzeba pamiętać, że Kościół w tym momencie jest najważniejszą z instytucji, która się angażuje w walkę, wiedząc już, co oznacza zwycięstwo bolszewików. Dlatego nie tylko propaganda rządowa czy partyjna, ale także księża z ambon nawoływali wiernych, żeby się angażowali do walki w obronie wiary. Kościół używał przy tym wizerunku komunisty, bolszewika-Żyda właśnie. Jeśli zajrzymy do obfitych zbiorów materiałów propagandowych, a więc plakatów, ulotek, prasy itp., to zobaczymy, że w apogeum walk latem 1920 roku każdy bolszewik jest przedstawiony w sposób niedwuznaczny jako Żyd w najróżniejszych kombinacjach i wersjach. Trzeba jednak dla porządku zauważyć, że takie właśnie ujęcie przeciwnika jako „żydokomuny” zaistniało już wcześniej, jeszcze w carskiej Rosji, a rozwinęło się podczas trwania tam wojny domowej. W Polsce natomiast utrwaliło się na tyle, że przetrwało wojenną zawieruchę, funkcjonując jeszcze przez długi czas.

 

Szczególnie mocno uwypuklano pochodzenie Trockiego jako twórcy oraz dowódcy Armii Czerwonej.

 

Trockiego owszem, on akurat rzeczywiście pochodził z żydowskiej i na dodatek bardzo majętnej rodziny. Ale wówczas każdego komisarza z gwiazdą, czekistę z naganem w ręku przedstawiano jako pokracznego Żyda. Prawdą też jest, że spora część liderów ruchu bolszewickiego, a następnie elit Rosji Sowieckiej do mniej więcej połowy lat 30. wywodziła się z żydowskiej inteligencji. Ludzie ci odegrali ogromną rolę w budowaniu tego państwa. Wracając zaś do wojny 1919-1920 warto podkreślić jej nader specyficzny charakter. Splatały się w niej bowiem dwie przeciwstawne cechy. Z jednej strony bowiem była ona bardzo anachroniczna, jeśli chodzi o wyposażenie i uzbrojenie wojska, środki i sposoby prowadzenia działań bojowych i to pomimo pewnych nowinek technicznych (rozpoznanie lotnicze, łączność radiowa). Jednak z drugiej miała kilka bardzo nowoczesnych rozwiązań. Jest to czytelne w dwóch wymiarach. Po pierwsze ze względu na rozległość przestrzeni operacyjnej, na której toczyły się te zmagania: od Bałtyku niemal po Morze Czarne i od Dniepru i Berezyny po Wisłę. A do tego w przeciwieństwie do niedawno zakończonej „wielkiej wojny”, a podobnie jak następna, była to wojna manewrowa, ruchowa. Obie armie zamiast trwać w okopach i operować przede wszystkim ogniem artyleryjskim, przemierzały rozległe tereny, umiejętnie wykorzystując sieć połączeń kolejowych. I po drugie można w niej dostrzec już zalążek wojny totalnej. To nie jest wyłącznie walka mężczyn w mundurach, żołnierzy, ale starcie narodu z narodem, czy też może w tym przypadku „narodu polskich panów” oraz kierowanej przez bolszewików klasy robotniczej i chłopskiej. Starcie, od którego nikt, bez względu na wiek czy płeć, nie może się uchylić. Każdy musi dźwigać w takiej czy innej formie wysiłek wojenny. W tym właśnie punkcie wielką rolę spełniała niezwykle intensywna, nowoczesna propaganda, sprawnie stosowana przez obie walczące strony. I właśnie podczas tej, także propagandowej wojny, wizerunek wroga, bolszewika stopionego z wizerunkiem Żyda, został upowszechniony i mocno utrwalony, jak wspomniałem wcześniej, w formie „żydokomuny”.

 

Czy ta wroga Żydom propaganda w jakiś sposób wpływała na ich zbliżenie z bolszewikami?

 

Nie, nic takiego nie następowało w skali dającej się zaobserwować. Jedynie w przypadkach nielicznych środowisk, które już wcześniej żywiły radykalne, lewicowe przekonania, zdarzały się jakieś probolszewickie, rewolucyjne demonstracje, które jednak wiązały się z poważnym ryzykiem. Natomiast zdecydowana większość ludności żydowskiej, niezależnie od statusu społecznego czy poziomu zamożności, nie spodziewała się od bolszewików niczego dobrego i nie traktowała ich w żadnym wypadku jako wybawicieli.

Za ilustrację takiej oceny może posłużyć bardzo znamienny fragment jednego z listów Piłsudskiego. Odnotował on mianowicie incydent z udziałem młodzieży żydowskiej, strzelającej do polskich wojsk wkraczających do Wilna, konfrontując go następnie z epizodem odbicia Łomży z rąk bolszewików, kiedy to z miejscowego więzienia uwolniono biskupa łomżyńskiego oraz pozostałych więźniów – wyłącznie miejscowych Żydów. To pokazuje, że trudno mówić o istnieniu jakiejś szczególnej sympatii ludności żydowskiej do bolszewików, a następnie komunistów. Jedynie garstka wywodzących się z SDKPiL oraz PPS-Lewicy działaczy, pozostających pod ideologicznym wpływem Róży Luksemburg, stała na stanowisku, że o żadnym niepodległym państwie polskim nie ma co mówić, gdyż to jest anachronizm. Zwycięska rewolucja proletariacka na całym świecie zlikwiduje bowiem raz na zawsze kwestię narodowościową, wraz z samą instytucją państwa.

Sponsorzy:

Muzeum Historii Polski Patriotyzm Jutra

Dofinansowano ze środków MHP w ramach programu „Patriotyzm Jutra”

Teksty prezentowane na niniejszej stronie są dostępne na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa – 3.0 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Ośrodka Myśli Politycznej i Autorów tekstów.

Ilustracje, design: Stereoplan