Kresy Wschodnie a wojna polsko-bolszewicka. Rozmowa z prof. Andrzejem Ziębą

Andrzej A. Zięba

Wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego (Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej), autor m.in. książek Ukraińcy w Kanadzie wobec Polaków i Polski (1914-1939) (1998) i Lobbing dla Ukrainy w Europie międzywojennej: Ukraińskie Biuro Prasowe w Londynie oraz jego konkurenci polityczni (do roku 1932) (2010).

O wpływie wojny polsko-bolszewickiej na sytuację na Kresach Wschodnich i skomplikowanych relacjach zamieszkujących je narodów z prof. Andrzejem A. Ziębą z Uniwersytetu Jagiellońskiego rozmawia Mateusz Ambrożek.

Andrzej A. Zięba

Wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego (Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej), autor m.in. książek Ukraińcy w Kanadzie wobec Polaków i Polski (1914-1939) (1998) i Lobbing dla Ukrainy w Europie międzywojennej: Ukraińskie Biuro Prasowe w Londynie oraz jego konkurenci polityczni (do roku 1932) (2010).

Mateusz Ambrożek: Jaki stosunek do wojny polsko-bolszewickiej wykazywały narody zamieszkujące ziemie na wschód od Bugu? Czy były to raczej sympatie propolskie, prosowieckie, czy może powściągliwa neutralność i oczekiwanie na rozwój wypadków?

 

Prof. Andrzej A. Zięba: W tym wyliczeniu nie znajdujemy wszystkich postaw tamtej doby. Przede wszystkim była jeszcze orientacja na samych siebie, czyli na własny projekt państwotwórczy. Ale zacząć wypada od stwierdzenia, że „narody” to pojęcie nie zawsze słusznie stosowane do tamtej sytuacji i terytorium. Na pewno istniały odwieczne wspólnoty etniczne, to jest kulturowe, które z wielkim wysiłkiem mobilizowane były w tym czasie do form narodowych, to jest do wspólnot kulturowo-politycznych. Mobilizowane zarówno przez swe nieliczne jeszcze elity, a właściwie tylko ich część, oraz przez polityczne siły zewnętrzne, w latach 1919-1921 polskie i sowieckie, a wcześniej, w czasie wielkiej wojny światowej, niemieckie. Nie wszystkie mobilizowane wspólnoty etniczne uzyskały w miarę masowy wymiar narodu. Niewątpliwie byli nim Litwini, w pełni zorganizowani politycznie i jednolici kulturowo. W jakimś stopniu unarodowili się także Ukraińcy, choć w ich przypadku kierunki aktywizacji narodowej były dwa, co skutkowało wytworzeniem się jednej deklarowanej wspólnoty narodowej, ale faktycznie rozbitej na dwie lokalne, które czasem prowadziły politykę zbieżną, częściej zaś rozbieżną względem siebie, a i kulturowo (religia, język) były zróżnicowane. We wschodniej Galicji mobilizacja narodowa grekokatolickich Ukraińców, posługujących się własnym wariantem języka literackiego, była pełna, zaś w centrum ziem ukraińskich, czyli na prawosławnej Ukrainie naddnieprzańskiej, proces ten był znacznie mniej dynamiczny. Przemiana Białorusinów ze wspólnoty etnicznej w naród rozpoczęła się kilkanaście lat przed I wojną światową i wciąż toczyła się ospale. Moim zdaniem trudno mówić o w pełni wykształconym narodzie białoruskim w latach 1919-1921. Istniała kultura, ale polityka narodowa nie miała wsparcia w masach.

Z faktów socjologicznych wynikały konsekwencje odnośnie postaw politycznych w dobie wojny polsko-sowieckiej. Białorusini byli pasywni. Można w ich wypadku przypominać formacje wojskowe gen. Stanisława Bułak-Bałachowicza, utworzone po stronie polskiej, ale trzeba uwzględnić fakt, że werbował on nie tylko Białorusinów, ale też żywioł biało-rosyjski, i do politycznych haseł rosyjskich i białoruskich odwoływał się zmiennie.  Dla Litwinów i Ukraińców galicyjskich (będę ich nazywał Haliczanami) wojna ta była kolejną okazją dla realizacji ich programów państwowo-terytorialnych, rywalizujących z Polską przede wszystkim o Ziemię Wileńską i wschodnią Galicję. Litwini pomagali Sowietom ostrożnie. Haliczanie na spornym z Polską terytorium Galicji, na Ukrainie, w diasporze amerykańskiej i na emigracji politycznej w Europie aktywnie i zdecydowanie stanęli po stronie sowieckiego wroga Polski, bo to ją definiowali jako swego najgroźniejszego przeciwnika. Ich emisariusze zagraniczni, zwłaszcza greckokatolicki metropolita lwowski Andrzej Szeptycki, zwalczali na arenie międzynarodowej działania Polski na wschodzie i dezawuowali ze wszelkich sił rodzący się antysowiecki sojusz Polski z Ukraińcami naddnieprzańskimi. Szli ręka w rękę z brytyjskimi środowiskami filosowieckimi i antypolskimi. Ich działalność w Berlinie, Wiedniu, Paryżu, Londynie, Ottawie i Waszyngtonie była całkowicie zbieżna z interesem sowieckim, a czasem (choć nie w wypadku Szeptyckiego) nawet prowadzona wspólnie. Jawnie prosowiecki kurs obrał zwierzchnik emigracyjnej Republiki Wschodniogalicyjskiej (dawna Zachodnio-Ukraińska Republika Ludowa) – Jewhen Petruszewycz i jego wysłannicy w wymienionych stolicach. Ukraińcy naddnieprzańscy w swej masie także nie sympatyzowali z Polską. Propaganda sowiecka na Ukrainie przedstawiała wojnę jako agresję polskich panów, którzy chcą przywrócić pańszczyznę. Symbolizował tę tezę plakat sowiecki z tej doby, na którym Polska była przedstawiona jako świnia w kontuszu z szablą w racicach. W pamięci ukraińskiej na Prawobrzeżu mocno zapadło wspomnienie pogromów polskich dworów i pałaców, przeprowadzonych przez ich chłopskich, ukraińskich sąsiadów w latach 1917-1918. Przyjście polskiego wojska oznaczać mogło rewanż za tamtą przemoc. Jednak narodowe ugrupowania polityczne Ukraińców naddnieprzańskich, skupione wokół Symona Petlury, stały się – jak wiemy – najważniejszym sojusznikiem Polski w tej wojnie. Niestety nie zdołały przekonać do jej celów chłopstwa ukraińskiego.

Istniała fundamentalna różnica w zachowaniach dwóch typów wspólnot, jakie istniały na Kresach. Autochtoni, czyli właśnie trzy wymienione już wspólnoty aspirujące do miana narodowych, byli w innej sytuacji niż alochtoni. Wśród tych drugich najliczniejsi byli Żydzi. Ich postawy warunkował nade wszystko podwyższony stopień niepewności i strachu, zrodzony w warunkach powojennej anarchii i obarczony pamięcią o przedwojennych konfliktach. Trauma pogromów inspirowanych przez carat od lat 80. XIX wieku pchała ich ku jego bolszewickim pogromcom. Najaktywniejsze poza komunistami żydowskie ugrupowania polityczne, czyli syjoniści i fołkiści, były od 1912 roku (wybory do Dumy Państwowej) zaangażowane w spór z polskimi działaczami niepodległościowymi, co objawiło się w działaniach antypolskich podejmowanych najpierw przez żydowską diasporę w Ameryce w czasach wielkiej wojny, a następnie w Paryżu podczas obrad konferencji pokojowej 1919 roku. Tak więc, podczas gdy żydowscy zwolennicy komunizmu optowali na Kresach Wschodnich za bolszewikami, ugrupowania definiujące Żydów jako osobny naród wspierały nie tylko tam, ale też w stolicach mocarstw słabsze od polskiego kresowe projekty narodowo-państwowe, to jest litewski i ukraiński, przeciw polskim aspiracjom, zarówno tym terytorialnym, jak i federalistycznym. Liczyły na ustanowienie w młodych państwach żydowskiej autonomii narodowej, której Polska stanowczo odmawiała. Tylko w żydostwie wschodniogalicyjskim – gdy chodzi o ziemie wschodnie, o których tu mowa – istniała silna opcja propolska, ale i tu dawały o sobie znać kierunki ukrainofilski lub sowietofilski.

Rzeki Bug i San (czy też tzw. linia Curzona, z którymi była kojarzona) nie stanowiły zresztą rozgraniczenia etnicznego. Na wschód od nich mieszkali liczni Polacy i identyfikujący się z nimi narodowo polscy Ormianie, Tatarzy i Karaimi, na zachód zaś nie tylko Żydzi, ale też Rusini, nie zawsze identyfikujący się narodowo z Ukraińcami czy Białorusinami. Wciąż trwały wśród Rusinów dwie tradycyjne orientacje kulturowe: na Ruś-Rosję i na Polskę. Wojna 1920 roku to przełom w dziejach tych orientacji, uzmysłowienie sobie, że przestają one być wystarczające wobec zaistnienia nowych narodowych bytów politycznych, coraz szybszy upadek kulturowego rusofilizmu i polonofilizmu. Upolityczniali się białoruskojęzyczni rzymscy katolicy oraz polsko- i ruskojęzyczni grekokatolicy względnie prawosławni, obierając narodową tożsamość polską, rosyjską, białoruską, ukraińską lub łemkowską. W wypadku tych ostatnich rusofilstwo w fazie przejściowej przybrało formę sowietofilską, która potem trwała jeszcze nawet po II wojnie światowej.

 

Jakie widzi Pan główne problemy, które wpływały na niechęć narodów niepolskich względem Rzeczpospolitej?

 

Rzeczpospolita to określenie dwuznaczne, bo dziś wbrew faktom historycznym coraz częściej interpretowane jest jako polityczna wspólnota wielu narodów, w tym między innymi, a nie przede wszystkim, polskiego. Mówi się już i o królu „rzeczpospolitnym”, o historiografii „rzeczpospolitnej”, wymyśla się nazwy tego państwa w dzisiejszych językach litewskim, ukraińskim i białoruskim, itp. Na początku wieku XX w sposób zbliżony do dzisiejszego (ale bez aż tak bzdurnych bajek) postrzegali ją nieliczni Polacy lub kresowi autochtoni-polonofile, ukształtowani w duchu tradycji powstania styczniowego lub ideologii tzw. krajowości. Dla całej reszty populacji, czyli dla jakichś 99% ludności tego regionu Europy, Rzeczpospolita równała się pojęciu Polski historycznej, czyli tak samo, jak wtedy, gdy istniała. Było to zgodne z pamięcią społeczną, z wspólnotowym przeżyciem historii, z którym jeszcze nie mógł skutecznie rywalizować mit „rzeczpospolitny” tak  dziś potężny.

W wymiarze masowym najważniejsza była przyczyna społeczno-kulturowa odrzucenia Rzeczypospolitej. Chłopskie, ruskie i litewskie, społeczności kresowe identyfikowały ją jako państwo polskie, szlacheckie i pańszczyźniane, a w wypadku wyznawców prawosławia dodatkowo – rzymskokatolickie, wrogie „ruskiej” religii. Dla organizatorów nowych narodów kresowych istotny był polityczno-kulturowy aspekt pamięci o Rzeczypospolitej. Jawiła się im w formie śmiertelnego zagrożenia dla z trudem budowanych nowych narodów, wręcz ich samobójstwa. Dla legitymizacji historycznej swych projektów szukali w wiekach ubiegłych objawów buntu przeciw Rzeczpospolitej (powstania kozackie, zdrada Janusza Radziwiłła w dobie Potopu, itp.). Dlatego przywoływanie pamięci o niej w pozytywnym świetle oznaczało dla nich odnowienie polskiej władzy i nową polonizację, przy czym w aktualnych uwarunkowaniach już nie tylko polonizację elit (jak w czasach I Rzeczypospolitej), ale całych i wszystkich warstw społecznych, z takim wysiłkiem tworzonych kultur wysokich i popularnych.

Nie było chyba takiego nacjonalisty halickiego czy litewskiego, który by nie musiał stoczyć wewnętrznej walki z polskością w sobie samym, po to, aby się poczuć Litwinem czy Ukraińcem.

Czy obawa przed atrakcyjnością kultury polskiej była przesadna? Moim zdaniem – nie. Nie chodziło tu o uprzedzenia, kompleksy czy urazy. Chodziło o zrozumienie mechanizmów ingerencji kulturowej, której doświadczyli nie tylko przodkowie nacjonalistów ukraińskich, litewskich i białoruskich, ale też oni sami. Nie było chyba takiego nacjonalisty halickiego czy litewskiego, który by nie musiał stoczyć wewnętrznej walki z polskością w sobie samym, po to, aby się poczuć Litwinem czy Ukraińcem. Z tego powodu mogły być odrzucane nawet najbardziej racjonalne i korzystne propozycje współpracy politycznej, poparte logicznymi argumentami politycznymi. Z tego też powodu łatwiej propozycje te były akceptowane na Ukrainie naddnieprzańskiej, gdzie stygmat polskości tak bardzo nie ciążył nad mentalnością elit, jak dajmy na to we wschodniej Galicji. Technicznie powstanie nowych państw na Kresach miało się dokonać na gruzach państwa rosyjskiego, ale w warstwie pamięci i mentalności społecznej na ruinach Polski historycznej, tak ładnie nazywanej Rzecząpospolitą. Polacy nie byli okrutni i despotyczni jak Rosjanie, oni byli powabni kulturowo, co nacjonaliści uważali dla swych słabych narodów za większe nieszczęście niż rosyjski despotyzm.

 

Czy uważa Pan, że koncepcja federacyjna Piłsudskiego pomogłaby zbliżyć do siebie narody znajdujące się wówczas w Rzeczpospolitej?

 

Nie. Jak już powiedziałem, koncepcja wspólnoty politycznej, czyli Rzeczpospolitej, była sprzeczna z aktualnym interesem budowniczych narodów kresowych, tak jak go oni – moim zdaniem trzeźwo – pojmowali. Wojna 1920 roku stworzyła koniunkturę dla sojuszu tylko z Ukraińcami naddnieprzańskimi, z Ukraińską Republiką Ludową. Nie powinna nas mylić towarzysząca mu retoryka. Sojusz był ze strony ukraińskiej czysto taktyczny, mógł się okazać przemijający, bo był podjęty z przymusu chwili, nie stanowił rezultatu dalekosiężnej i przemyślanej wcześniej koncepcji. Owszem, nawet taki sojusz mógłby się ewentualnie utrwalić i zrodzić federacyjne konsekwencje, gdyby wojna 1920 roku była w pełni wygrana, ale jak wiemy była zwycięska tylko dla Polski, nie dla Ukrainy i Białorusi. Koncepcja federacyjna okazała się piękną utopią także dlatego, że oba te projekty państwotwórcze przegrały nie tylko wojnę z sowiecką Rosją, ale także bój o masowy odbiór haseł narodowych swych zapleczy etnicznych, i to nie tylko w 1920 roku, ale w szerszym wymiarze czasowym lat 1917-1921. Z kolei Litwini tak bardzo chcieli państwa narodowego i tak bali się Polski, że byli totalnie głusi na apele o wspólną Rzeczpospolitą.

To szczególny paradoks: nacjonalizmy wschodnioeuropejskie były albo zbyt rachityczne w wymiarze masowym, aby stać się wymiernym współbudowniczym federacji Piłsudskiego, albo zbyt radykalne, aby się na nią pisać. Tu też trzeba wspomnieć, że to nie polski imperializm terytorialny stanął na przeszkodzie koncepcji federalistycznej, ale odwrotnie swoisty imperializm trzech rodzących się narodów kresowych, istniejących na razie w formie środowisk przywódczych. Gdyby Polska mu uległa, jej granica wschodnia nie dochodziłaby nawet do Bugu i Sanu (linii Curzona), ale biegłaby gdzieś pod Nowym Sączem, Krosnem, Rzeszowem i Warszawą, wzdłuż zachodniego kresu pojedynczych siedlisk osadniczych ukraińskich, białoruskich i litewskich, pozostawiając na zewnątrz państwa polskiego wszystkie obszary mieszane etnicznie, czyli ziemie: wileńską, grodzieńską, lwowską, suwalską, chełmską, podlaską, podkarpacką, z miastami-twierdzami polskości: Wilnem, Grodnem, Lwowem, Przemyślem.

Nie zapominajmy zresztą, że i w Polsce koncepcja federalistyczna nie była zbyt popularna. Można się było domyślać, co czeka ludność polską, jeżeli znajdzie się w granicach nowych państw narodowych: przyspieszona i przymusowa ukrainizacja lub lituanizacja, utrata dotychczasowej pozycji społecznej, czyli deklasacja. Programy takich polityk społeczno-kulturowych formułowały jeszcze przed wielką wojną wpływowe środowiska ukraińskie i litewskie. Poza tym utrata terytoriów wschodnich byłaby dla Polski jako państwa osłabieniem potencjału i jeszcze bardziej – prestiżu. Polska bez Kresów Wschodnich, zwłaszcza Galicji Wschodniej i Ziemi Wileńskiej, byłaby państwem kadłubowym, bo przecież los ziem zachodnich nie był pewny wobec bardzo silnego rewizjonizmu niemieckiego, czyli aby zachęcić partnerów do federacji, musiałaby im dać tyle, że cały ten interes tracił opłacalność. Polska byłaby w federacji członem słabszym terytorialnie, już na starcie ustępliwszym wobec młodych nacjonalizmów, trzymanym w szachu politycznym pod groźbą wycofania się partnerów. Takie były obawy.

Koncepcja federacyjna była też kulawa ze względu na szerszy kontekst międzynarodowy. Relacje nacjonalistów litewskich i ukraińskich z Niemcami były bardzo bliskie, a przecież federalizm prometejski wcale nie był tylko kalkulacją wymierzoną przeciw Rosji / Sowietom. Sfederowane państwa miały być oparte o siebie, co zapewniłoby Litwie, Białorusi i Ukrainie wolne moce do zabezpieczenia się przed imperium wschodnim, a Polsce – zachodnim. Tymczasem Niemcy już przed I wojną światową weszły do rozgrywki o kontrolę przestrzeni polityczno-ekonomicznej Europy Środkowo-Wschodniej i realizowały swój plan konsekwentnie, najpierw zakulisowo (Galicja Wschodnia), a w końcowej fazie wojny otwarcie na całych Kresach – Litwie, Białorusi i Ukrainie naddnieprzańskiej. Mimo klęski, czekały na ciąg dalszy. Piłsudski dobrze rozumiał interes Kresów, dla których najlepszym rozwiązaniem z uwagi na problemy etniczne była antyrosyjska i antyniemiecka federacja, ale zarówno przeceniał dojrzałość polityczną partnerów kresowych, jak też nie dostrzegał ich silnej orientacji niemieckiej. Nie było gwarancji, że gdyby zdołał pokonać sowiecką Rosję całkowicie, na pole bitwy o Europę Środkowo-Wschodnią wcześniej czy później nie weszłyby Niemcy, jako patron chętniej widziany przez trzy narody kresowe niż Polska. Przez cały okres międzywojenny to Niemcy były najbardziej wyczekiwanym przez mniejszości kresowe opiekunem i doradcą politycznym, ale już wtedy, w 1920 roku, niemiecka dywersja utrudniała kompromis Polski Piłsudskiego z Litwinami i Haliczanami. Gdy walczymy z jakąś dominacją, wydaje się nam, że wystarczy ją wyeliminować, aby zdobyć swobodę. Tymczasem nie ma nigdy pewności, że na naszej walce nie uwłaszczy się ktoś inny. Eliza Orzeszkowa przestrzegała antysemitów polskich na przełomie wieku XIX i XX: marzycie o ekonomii wyzwolonej od Żydów? – pamiętajcie, gdy znikną Żydzi, na ich miejsce wejdą Niemcy. Federalistom polskim doby Piłsudskiego marzyła się Europa Wschodnia bez Rosji. Jednak nie było gwarancji, że gdy zniknie Rosja, z czasem na wschodnioeuropejskie pobojowisko nie wejdą Niemcy i nie rozpoczną rozgrywania problemów wewnętrznych planowanej federacji, czyli że ta wyśniona federacja nie będzie dodatkowym źródłem słabości Polski w nieuchronnym starciu z rewizjonizmem niemieckim.

 

Jakie skutki miała wojna z bolszewikami dla tzw. Kresów Wschodnich? Czy zmieniła ona strukturę społeczną, rozbudziła nastroje komunistyczne w niewykształconych w pełni narodach?

 

Kresy Wschodnie istniały od XIV wieku, w 1920 roku miały więc już swoją przeszłość i ona wydaje mi się istotniejsza dla ówczesnej sytuacji niż nastroje komunistyczne. Trudno zresztą oddzielić radykalizację mas wywołaną przez strukturę społeczną wciąż w wieku XX nie zmodernizowaną, a przez to generującą konflikt ekonomiczny nakładający się na podziały etniczne, od dywersji sowieckiej posługującej się hasłami społecznymi. Już łatwiej oddzielić nastroje prokomunistyczne, uwarunkowane przez oczekiwania społeczno-ekonomiczne, od politycznego sowietofilstwa. To ono było silne wśród elit narodowych białoruskich, ukraińskich i halickich, a przez to groźne dla stabilizacji Kresów. Zwłaszcza wśród Ukraińców halickich widzimy migrację inteligencji do Charkowa, na sowiecką Ukrainę, prawdziwe zaczadzenie ekspektatywą na narodowy rozwój w ramach sowieckiej republiki, prowadzące do uczestnictwa nawet w bezlitosnej rozgrywce Kremla z ukraińską inteligencją naddnieprzańską, również początkowo prosowiecką, która jednak szybciej niż Haliczanie przebudziła się z zaczadzenia. Również i Haliczanie zapłacili w końcu cierpieniem i krwią za swą pomyłkę, której źródłem był ich antypolonizm. Po inteligencji naddnieprzańskiej, także i ich dosięgnęły represje stalinowskie.

Po wojnie 1920 roku na podzielonych granicą ryską Kresach dokonywały się dwie modernizacje: sowiecka i polska, bardzo odmienne, gdy chodzi o kierunki działań, ale mające podobne cele: likwidację społeczno-ekonomicznego archaizmu kresowego, zmianę struktur myślenia ludzi, wykształcenie pożądanej tożsamości kulturowo-politycznej. Sowiecka modernizacja trwała dłużej, bo też po II wojnie światowej, była radykalna i kosztowała życie setek tysięcy, jeżeli nie milionów kresowian: głównie Polaków i Ukraińców. Oznaczała zarówno wyrok bezwzględnej kary śmierci dla zastanej tam kultury historycznej, jak też monstrualne inwestycje ekonomiczne (osuszanie Polesia, ujarzmienie Dniepru, pośpieszna industrializacja). Modernizacja polska została przerwana, nie trwała nawet dwie dekady, mogła więc przynieść umiarkowany tylko efekt, nie spowodowała też tak dramatycznych kosztów, ludobójczych, jak to widzimy po stronie sowieckiej. Po obu stronach pojawił się opór miejscowej ludności przed ideologicznymi elementami tych modernizacji. Tam, gdzie nie był bezwzględnie tłumiony, czyli w Polsce, sprzyjał rozwojowi świadomości narodowej, nawet gdy był jej nieprzychylny. Te pozytywne rezultaty świadomościowe utrwaliły się i potem stały się dziedzictwem narodowym dla kolejnych pokoleń Białorusinów i Ukraińców. W Związku Sowieckim tzw. korenizacja, czyli zakorzenienie nowej ideologii w ramach kultur narodowych, pogłębiła początkowo nastroje komunistyczne, ale i świadomość narodową, wśród Ukraińców i Białorusinów. Gdy nastąpił odgórny odwrót od korenizacji, represje zniszczyły narodowotwórcze elity i skutki korenizacji w świadomości mas. Budowę narodów na obszarze posowieckim podjęto na nowo dopiero po wielu dziesiątkach lat, u schyłku wieku XX.

 

Czy mógłby Pan pokrótce opisać los Polaków znajdujących się na wschód od granicy traktatu ryskiego?

 

Można to zrobić jednym zdaniem: po wojnie 1920 roku zawisło nad nimi śmiertelne zagrożenie, a odroczenie ludobójstwa trwało zaledwie 15 lat. Jak wyrok Stalina wykonano pod koniec lat 30., wiemy z publikacji prof. Wiaczesława Iwanowa. Zamordowane zostało to pokolenie, które pamiętało klęskę sowiecką roku 1920, znało polskość sprzed eksperymentu sowieckiej korenizacji, reprezentowało element zintegrowany społecznie z lokalnymi kresowymi większościami narodowymi i mogący stanowić ich wzmocnienie kulturowe oraz polityczne. Moim zdaniem nie chodziło tu tylko o zemstę za przegraną wojnę. Stalin tworzył nowe imperium, ale dziedziczył doświadczenie starej carskiej Rosji. Działał nie tyle irracjonalnie, ile totalitarnie. Chciał pozbyć się nie tyle konkretnych ludzi, ile całego narodu, oczywiście na obszarach, które miał pod swą kontrolą. Naród polski był tam, to jest na Kresach, od wieków alternatywą, w obu wymiarach, politycznym i kulturowym, kiedyś dla rosyjskiej modyfikacji Rusi, wtedy, w wieku XX, dla sowieckiej przebudowy tożsamości społecznej. Polityczno-kulturowa obecność Polski i Moskwy na obszarach dawnej Rusi Kijowskiej od XIV do XVIII wieku wywołała schizmogenezę w jednolitej wcześniej wspólnocie, stworzyła fundamenty pod nowe narody: zachodnioruskie (Polska) i wschodnioruski (Moskwa). Rosja, skonfrontowana w wieku XIX z wielowiekowym procesem okcydentalizacji kulturowej Rusinów na ziemiach zabranych Polsce i obawiająca się jego konsekwencji politycznych, przeciwdziałała mu, niszcząc instytucjonalne struktury polskiego wpływu: szkolnictwo, uniwersytety, Kościoły (zwłaszcza unicki). Stalin, podejrzewając polityczną i kulturową opozycję Polaków wobec sowietyzacji, skazał na totalną zagładę całą ich populację.

 

Czy uważa Pan, że możliwym było znalezienie wspólnej nici porozumienia pomiędzy Polakami a innymi narodami? W międzywojniu nieustannie dochodziło do różnych tarć na tle narodowościowym. Istniały grupy, które próbowały temu zaradzić. Na ile uważa Pan takie próby mediacji za zasadne w ówczesnych realiach politycznych?

 

Moim zdaniem możliwe było ułożenie relacji tylko z Żydami i ku temu szło. Polacy nie byli antysemitami integralnymi. Tradycje współistnienia były wielowiekowe i pozytywne, a napięcie lat trzydziestych to chwilowe przesilenie. Polacy i Żydzi odnaleźliby swoje miejsce we wspólnej ojczyźnie. Z jednej strony w Polsce niepodległej proces integracji mniejszości żydowskiej przyspieszył, z drugiej – żydowskie ugrupowania narodowe mogły liczyć na poparcie państwa polskiego dla idei żydowskiego państwa w Palestynie, zaś żadna licząca się siła polityczna wśród polskich Żydów już nie wracała do postulatu autonomii narodowej, którą odrzucono w 1919 roku. Zresztą nawet syjoniści polonizowali się językowo. Litwini stanowili problem marginesowy, bo byli nieliczni. Białorusini zostaliby zassani przez kulturę polską, tu przedmiotowe traktowanie politycznie nie było problemem palącym. Rywalem polonizacji na Polesiu i Podlasiu paradoksalnie mogła być ukrainizacja, a nie białoruski nacjonalizm. Warto tu nadmienić, że na zlecenie Litwy – podobno dysponującej na ten cel nie tyle zasobami własnymi, co zagranicznymi – Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów miała zorganizować antypolską irredentę na obszarach etnicznie białoruskich w II Rzeczypospolitej. Nie było natomiast szans na porozumienie polityczne z Ukraińcami. Przede wszystkim dlatego, że brak było woli po ich stronie. To stwierdzenie w moich intencjach nie jest osądem, wskazaniem „winnych” lub usprawiedliwieniem Polaków. Mediacja inspirowana przez wspomniane przez Pana grupy szła ze strony polskiej i rozbijała się o sprzeciw sił decydujących o kierunku polityki ukraińskiej, to jest halickich nacjonalistów. Oni ze wszystkich sił zwalczali kompromis.

Uważam, że oskarżenia polskich historyków pod adresem rządów polskich o niewłaściwą politykę względem mniejszości narodowych są przejawem swoistego polonocentryzmu i paternalizmu wynikającego ze szlachetnej, ale naiwnej wiary w hasła walki „o wolność waszą i naszą”. Czy wolność „nasza”, to jest polska, była możliwa w okresie międzywojennym do pogodzenia z wolnością „waszą”, to jest przede wszystkim ukraińską, nie sposób oceniać bez znajomości polityki obu stron konfliktu. Tymczasem na przykład w bardzo wpływowej w naszej historiografii pracy prof. Andrzeja Chojnowskiego o koncepcjach polityki narodowościowej rządów polskich w okresie międzywojennym ani śladu znajomości ukraińskich, białoruskich i litewskich źródeł, nie wspominając już o niemieckich i sowieckich, czyli takich, które ukazują intencje i działania innych niż tylko Polska aktorów tamtych wydarzeń. Przy jednostronnym naświetleniu źródłowym sceny historycznej, jednostronnie też widzimy akcję, jaka się na niej rozgrywała. W pracy Stephena Horaka, na którą z kolei często powołuje się historiografia anglojęzyczna, ogłoszonej w Stanach Zjednoczonych dużo wcześniej niż książka Chojnowskiego, autor opiera swe tezy na propagandzie politycznej Niemiec oraz mniejszości narodowych. To już nie jednostronność, ale stronniczość wywołana brakiem krytyki źródeł, urągająca warsztatowi historycznemu. Istotne dla zobiektywizowanej analizy stosunków między Polską a jej mniejszościami jest uwzględnienie polityki Niemiec. To one z uwagi na swe plany rewizjonistyczne stały na przeszkodzie ugodzie Polski z Ukraińcami. Dywersja sowiecka od czasów Wielkiego Głodu już nie miała takiej siły sprawczej, jak w latach 20.

Za mało byłoby powiedzieć, że to nacjonaliści ukraińsko-haliccy nie chcieli rozmawiać z rządem polskim. Oni zastraszali, a w skrajnych przypadkach mordowali tych polityków ukraińskich, którzy do ugody byli chętni. Zastosowali też swoistą technologię budowy masowej nienawiści, tak skutecznie, że już wtedy, w latach 20. i 30. stworzyli kulturowe zaplecze dla ludobójstwa Żydów i Polaków na Kresach w czasie okupacji niemieckiej w latach 1941-1944. Nacjonaliści byli głównym powodem klęski idei porozumienia, głównym zapleczem konfliktu narodowościowego, głównym obiektem dywersyjnych inwestycji Niemiec i Sowietów w uniemożliwienie tego porozumienia. Grupy polsko-ukraińskie, które próbowały temu zaradzić, nie posiadały ani determinacji nacjonalistów, ani wsparcia porównywalnego do niemiecko-sowieckiego. Ten sąd prowadzi mnie do wniosku, że w perspektywie porozumienia polsko-ukraińskiego po wojnie 1920 roku rządy polskie popełniły fundamentalny błąd. Nie zastosowały środków nadzwyczajnych wobec podziemia terrorystycznego w dawnej Galicji Wschodniej. Trzeba to było zrobić zaraz po wygraniu wojny z Sowietami, zaraz po klęsce idei federacyjnej, zanim odrodziły się Niemcy i zanim nacjonaliści haliccy zdołali zastraszyć polityków umiarkowanych i wniknąć ze swą ideologią mordu w kulturową tkankę wsi ukraińskiej. Ceną za niezlikwidowanie wtedy struktur Ukraińskiej Organizacji Wojskowej (poprzedniczki OUN) była nie tylko klęska polsko-ukraińskich koncepcji ugodowych, ale śmierć blisko miliona, jeżeli nie więcej, ludzi w dobie okupacji niemieckiej, zadana przez OUN i jej cywilnych współpracowników. Śmierć nie tylko kresowych Polaków, ale także Żydów, Ormian, Czechów. W świetle tej masowej zagłady nie wolno pytać tylko o polityczne konsekwencje braku ugody. Musimy pamiętać o wymiarach humanitarnych tych konsekwencji. Nie należy zakładać, że w Polsce po roku 1920 panaceum na konflikt narodowościowy stanowiły mediacje ze strony „grup, które próbowały mu zaradzić”. Bardziej niż mediacji zabrakło determinacji w likwidowaniu struktur rodzącego się zła.

Sponsorzy:

Muzeum Historii Polski Patriotyzm Jutra

Dofinansowano ze środków MHP w ramach programu „Patriotyzm Jutra”

Teksty prezentowane na niniejszej stronie są dostępne na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa – 3.0 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Ośrodka Myśli Politycznej i Autorów tekstów.

Ilustracje, design: Stereoplan