Kapitalizm i socjalizm wobec etyki

Adam Heydel

Adam Heydel

Adam Heydel

1893-1941, ekonomista i publicysta polityczny, przedstawiciel krakowskiej szkoły ekonomicznej w II RP, krytyk etatyzmu, zwolennik rozwiązań liberalnych.

Drugą grupę faktów, niepokojących nasze poczucie moralne, stanowią zjawiska nierówności majątków i dochodów. Obok nędzy, owego skrajnego niedostatku, w którym życie staje się męką, spotykamy powszechnie ogromne różnice bogactw.

Adam Heydel

Adam Heydel

1893-1941, ekonomista i publicysta polityczny, przedstawiciel krakowskiej szkoły ekonomicznej w II RP, krytyk etatyzmu, zwolennik rozwiązań liberalnych.

Jedni „nie wiedzą co robić z pieniędzmi”, żyją w przesycie i mdłej nudzie, innym brak pieniędzy na zaspokojenie najbardziej usprawiedliwionych potrzeb. Nie mogą niczym rozjaśnić, ozdobić, osłodzić sobie szarej troski powszedniego życia.

Jasne jest, że i ten stan budzi wątpliwości, drażni nasze sumienie, powoduje zazdrość, wprowadza słowem element niepokoju w stosunki społeczne.

Praktyczne usunięcie nierówności bogactw nie jest trudne. Wystarczy podzielić majątki i dać każdemu po równo. Można dalej przez odpowiedni nacisk na jednych (np. podatki), a subwencje dla drugich, utrzymywać tę niwelację w stanie z grubsza odpowiadającym równości idealnej.

Czy należy to robić?

Rozpatrując problemy nędzy, stanąłem na stanowisku, że niwelacja majątków nie powinna być wprowadzana w życie. Hamując rozwój gospodarczy, utrudniłaby ona usunięcie, a przynajmniej złagodzenie nędzy. Można jednak stanąć na innym stanowisku etycznym. Można twierdzić, że usunięcie nierówności jest postulatem moralnym większej wagi, aniżeli usunięcie nędzy. Niejednokrotnie tak właśnie pojmuje się sprawiedliwość. „Justice would be secured if all were equally unhappy, as well as if all were equally happy” [„Sprawiedliwość byłaby spełniona zarówno wtedy, gdyby wszyscy byli równie nieszczęśliwi, jak i wtedy, gdyby byli równie szczęśliwi” – przyp. red.] – mówi Bertrand Russel. Można by pójść jeszcze dalej i zapytać, czy szczęście ludzi nie polega na równości?

Te argumenty natury etycznej pragnę rozważyć. Zagadnienie, które stoi przed nami, jest: Czy nierówności ekonomiczne między ludźmi są niesłuszne? Czy powinno się dążyć do ich usunięcia? Chcę zwęzić o ile się da pole moich rozważań. Dlatego pomijam momenty pośrednio tylko wiążące się z tym zagadnieniem, więc wszystkie dalsze konsekwencje polityczno-społeczne i kulturalno-wychowawcze rozpatrywanego układu stosunków. Nie przeczę, że są zjawiska, będące dalszymi skutkami nierówności gospodarczej, które budzą poważne wątpliwości. Z punktu widzenia socjologa-polityka, filozofa kultury, wychowawcy można oczywiście podawać w wątpliwość moralną korzystność fortun i dochodów niepomiarkowanie wielkich. Łatwo nasuwa się pytanie, czy nie są one czymś równie niebezpiecznym i demoralizującym jak nędza. Wydaje się, że człowiek nie jest stworzony do życia w warunkach krańcowych. Podobnie jak wąska jest rozpiętość temperatury, w której organizm żywy może się zdrowo rozwijać, podobnie jak klimat umiarkowany okazał się najlepszym podścieliskiem pod rozwój kultury, podobnie zapewne także umiarkowana zamożność, pozwalająca na zaspokojenie potrzeb kulturalnych, ale nie wyzwalająca w zupełności od pracy, gwarantuje najpewniej zdrowie moralne człowieka. Doskonale wyraził to jeden z lekarzy, mówiąc: „Bogactwo nie szkodzi tym tylko spośród ludzi bogatych, którzy żyją na wzór ubogich – w umiarkowaniu i pracy”. – To wszystko prawda. Ale rozważania powyższe mają charakter raczej polityczno-społeczny w najwyższym sensie tego słowa, aniżeli ściśle etyczny. Odsuwając tymczasowo te zagadnienia, wracam do jądra kwestii. Jest nim pytanie, czy i w jakich granicach nierówność majątków i dochodów jest dopuszczalna, nie ze względu na dalsze jej skutki, ale bezpośrednio ze względu na sprawiedliwość.

Rozpatrzmy bliżej stanowiska, zajmowane w tej sprawie przez oba przeciwne obozy, kapitalizm i socjalizm. Kapitalizm, jak wiemy, stoi na stanowisku, że wolnokonkurencyjny ustrój gospodarczy, oparty na prawie własności prywatnej, w sprawiedliwy sposób rozdziela bogactwa między jednostki. Wobec tego program niwelowania sztucznego majątków i dochodów odrzuca. Obóz socjalistyczny przeciwnie, jednogłośnie potępia obecny system rozdziału bogactw i pragnie go przebudować. W stosunku do klucza podziału spotykamy w obrębie tego obozu dwa zasadniczo różne postulaty. Kolektywizm uważa za wskazane wydzielenie jednostce ilości dóbr, odpowiadających jej pracy, komunizm rzuca hasło rozdziału dóbr nie w stosunku do pracy jednostki, ale stosownie do jej potrzeb. Wszystkie odłamy socjalizmu dążą do wyrównania różnic w położeniu ekonomicznym jednostek. „Program zrównania gospodarczego” uznają teoretycy „za właściwą osnowę doktryn socjalistycznych”.

Czy nie ma sprzeczności pomiędzy tym programem, a zasadami podziału wymienionymi powyżej? Jaki jest stosunek tych zasad do postulatu równości gospodarczej? W jakich granicach mogą one po zastosowaniu w życiu usuwać nierówność gospodarczą?

Zasada „każdemu według jego potrzeb”, oczywiście do równości nie prowadzi, jeżeli będzie stosowana przez jednostki. Jeżeli (a to właśnie komunizm ma na myśli) stosowana będzie przez organizację w drodze przymusu, nie będzie w ogóle wcielona w życie, bo niepodobna tu ustalać norm, odpowiadających subiektywnym potrzebom jednostek. Zasada ta zresztą, rozbijając w zupełności związek między produkcją jednostek a ich udziałem w wytworzonym bogactwie, jest tak oczywiście absurdalna praktycznie, że można ją pominąć. Nie ona wprowadzi w życie równość gospodarczą. Etycznie też ma ona z tamtym postulatem mało wspólnego. Jest to po prostu utopijne pium desiderium [pobożne życzenie – przyp. red.], które urzeczywistnione zaprowadziłoby raj na ziemi, które jednak nie liczy się z podstawowym faktem ekonomicznym: nieograniczoności potrzeb ludzkich, a skąpości dóbr i sił produkcyjnych. Próby jej stosowania nie dałyby nic więcej poza rozlaniem się na całe społeczeństwo fali lenistwa i bezczynności. Bezczynność – to jedyna potrzeba, którą zaspakajalibyśmy istotnie do woli.

Poważniejsze znaczenie ma druga zasada – kolektywistyczna: każdemu według pracy. Ta zasada da się lepiej czy gorzej zastosować w praktyce. Czy prowadzi ona do równości gospodarczej? W jednym punkcie przybliża niewątpliwie zrównanie gospodarcze. Jej zastosowanie, związane z uspołecznieniem narzędzi produkcji, uniemożliwia mianowicie kapitalizację prywatną. Kapitalizacja zaś jest jednym z podstawowych czynników nierówności gospodarczej. Utrudnia więc ta zasada powstawanie wielkich różnic majątkowych. Czy jednak usuwa także możność poważnych różnic w dochodach? Zależy to od ujęcia zjawiska pracy. Jeżeli przez pracę rozumiemy wysiłek, przykrość związaną z działalnością zarobkową – to niewątpliwie i dochody jednostek musiałyby być w dużym stopniu zrównane. Granice wysiłku (tj. przykrości subiektywnej) są względnie wąskie. Nie sądzę, by zdolności poszczególnych jednostek (pomijając wyjątki) mogły być zbyt rozbieżne pod tym względem. Człowiek może znieść zapewne kilkakrotnie większy wysiłek od drugiego – nie więcej. Inaczej jest z kwestią wydajności jego pracy. Wydajność, zdolność osiągania wyników użytecznych, oddawania usług i stwarzania przedmiotów potrzebnych innym, czy pożądanych jest niemal nieporównywalna. Wynalazczość Edisona, talent malarski Matejki, ba – głos Kiepury – nie dadzą się ani zastąpić, ani rozłożyć na jednostki pracy tysięcy lichych techników, marnych malarzy, śpiewaków bez głosu. To samo stosuje się w nie mniejszym zapewne stopniu do wszystkich najściślej nawet „ekonomicznych” działów pracy. W ustroju własności prywatnej zapłata za pracę stosuje się do zapotrzebowania jednostek, do wolnej konkurencji; to daje w wyniku ogromne nierówności dochodów. Czy można je zmniejszyć, wprowadziwszy inny system zapłaty? Socjalizm wysuwa projekt planowego systemu odpłaty ze strony społeczeństwa pojętego jako całość.

Zasadniczą trudnością w urzeczywistnieniu tego planu jest niewspółmierność wyników przy pomocy jakiegokolwiek schematu, wbrew przeciwnym twierdzeniom socjalizmu. Gdybyśmy jednak nawet ten wzgląd pominęli i przypuścili […], że można ustalić przybliżone normy wartości społecznej wyników pracy i, stosując te normy, mierzyć wartość pracy na godziny – nawet wówczas zapłata za pracę musiałaby być tak bardzo nierówna, że o zrównaniu gospodarczym jednostek nie mogłoby być mowy. Rozdział dochodów według wartości wyników nie prowadzi do równości. Czy nie należy się oprzeć na wielkości wysiłku – na koszcie, mówiąc językiem ekonomistów, na „disutility” pracy, jak to nazywają Anglicy?

Taki rozdział bogactw niwelowałby różnice wynikające z uzdolnień wrodzonych jednostek, prowadziłby do usunięcia tzw. „rent osobistych”. Czy byłby etycznie uzasadniony? Odpowiedź nie jest łatwa.

Z punktu widzenia jednostki może się wydać słuszne wyrównanie jej przez społeczeństwo przykrości, wydatku energii, zniszczenia zdrowia, jakie towarzyszyły jej pracy. Czy to stanowisko jest do przyjęcia dla społeczeństwa, pojętego jako całość? Czy społeczeństwo wynagradzać ma jednostkę za poniesione przez nią straty, czy nagradzać za wyświadczone usługi? Rozpatrując zjawiska gospodarcze, nie stajemy wobec problemu nieznanego innym dziedzinom życia społecznego. Ścisłą analogię znajdujemy w zakresie oceny zasług i nagród udzielanych jednostkom za ich pracę o charakterze nieekonomicznym. Odznaczenia, ordery, tytuły, pensje dożywotnie, oto zapłata udzielana przez społeczeństwo. Za co? Czy za zasługę pojętą, jako suma znoju, przykrości jednostki? Ten element wchodzi w rozważania w małej mierze. Biuralista, który z ogromnym znojem i wysiłkiem przepisywał na czysto przez kilkadziesiąt lat, może się co najwyżej doczekać skromnego medalu zasługi. Artysta lub uczony, któremu praca sprawiała rozkosz, wynalazca, któremu jedna chwila natchnienia lub przypadek pozwoliły zrobić znakomite odkrycie – mogą sięgać po najwyższe zaszczyty, i niedocenienie ich zasługi przez społeczeństwo spotyka się z oburzeniem opinii. Jeżeli nawet subiektywny wysiłek jest uwzględniany, to zawsze gra on zgoła drugorzędną rolę. Decydujące znaczenie ma talent, inwencja, twórczość, to wszystko, co właśnie nie jest zasługą moralną jednostki.

Wszystkie te problemy nagrody znajdują ciekawą analogię w zakresie ujemnych kwalifikacji czynów ludzkich: w dziedzinie kary.

Znana w teorii prawa karnego teoria odpłaty, odpowiadałaby dosyć ściśle nagradzaniu nie za wysiłek, ale za wynik pracy. Karać kazała ona za krzywdę wyrządzoną społeczeństwu, nie wchodząc w zamiar winowajcy. Dzisiejsza teoria prawa karnego coraz dalej odchodzi od tego stanowiska, żądając rozpatrzenia zamiaru (wina umyślna, czy nieumyślna?), wzięcia pod uwagę momentów zmieniających odpowiedzialność winowajcy (środowisko, wykształcenie, poziom umysłowy itp.) – to odpowiada w pewnej mierze uwzględnianiu momentów osobistej zasługi, wysiłku itp. przy nagradzaniu jednostek. Niemniej samej zasady krzywdy nie można zastąpić inną, biorącą pod uwagę tylko osobistą winę winowajcy.

Jeżeli to nie jest możliwe w zakresie przewinień, to tym bardziej nie da się pomyśleć podobnego systemu nagród za czyny dodatnie.

Istotnie, próba wyrównywania różnic wrodzonych i nagradzania wysiłku zamiast wydajności prowadziłaby do ciężkich strat z punktu widzenia ogólnospołecznego. Skłaniałaby wszystkie jednostki wybitniejsze do bezczynności. Miarą wysiłku, przy obecnym stanie nauki, mógłby być tylko czas. W tych warunkach jedyną korzyścią jednostek bardziej uzdolnionych byłoby to, że w tym samym czasie pracowałyby mniej, uzyskując „rentę lenistwa”. Nawet jednak przypuściwszy, że rozwój psychotechniki itp. usunie ten szkopuł, musimy uznać, że zasada odpłaty za wysiłek, a nie za rezultat, nie jest do przyjęcia z punktu widzenia korzyści społeczeństwa. Prowadziłaby ona wszakże do selekcji ŕ rebours [na wspak – w tym ujęciu mowa o selekcji negatywnej – przyp. red.], usuwając w cień większe talenty. Niepodobna jej zastosować tak samo, jak nie można w szkole klasyfikować uczniów wyłącznie według ich pracowitości, z pominięciem zdolności. Taka selekcja, czy to w szkole, czy w życiu społecznym i gospodarczym doprowadziłaby do panowania „kujonów” z największą szkodą dla kultury.

Tyle co do pracy. Nie trzeba zapominać, że praca nie jest jedynym czynnikiem pomnażania bogactwa. Inne są zupełnie niewymierne.

Ani sprawiedliwość, ani wzgląd na użyteczność społeczną nie mogą zatem skłaniać do stosowania zupełnej niwelacji dochodów. „Absolute equality of incomes… would indeed be a typical application of the shallow precept fiat justicia, ruat coelum” [Całkowita równość dochodów… byłaby w rzeczywistości typowym zastosowaniem płytkiej zasady: niechaj zawali się niebo, byleby działa się sprawiedliwość” – przyp. red.] (Dalton, The inequality of incomes, Londyn 1925).

Inna zasada, częściowo tylko pokrywająca się z zasadą równości, wysuwa się na czoło zagadnień etycznych życia gospodarczego.

Społeczeństwo powinno dawać jednostce równe warunki początkowe, jednostka powinna dążyć do zdobycia nierówności położenia – powiada Walras. Ten pozorny arystokratyzm jest tylko właściwie zrozumianą demokracją. Wszystkie interesy kultury, jej trwałość i rozwój związane są z tym, żeby jednostki, twórcze i uzdolnione znajdowały odpowiednią pozycję życiową, nagrodę i odpłatę.

Adekwatność odpłaty ze strony społeczeństwa za wyniki pracy, nie za przykrość i koszt indywidualny, jest zatem naczelnym postulatem etycznym. System, który potrafi taką adekwatność zapewnić, jest systemem sprawiedliwym. Ci, którzy w takim ustroju otrzymają mało, więc niezdolni i nieumiejętnie pracujący, mogą mieć wówczas pretensję tylko do losu – lub do samych siebie. Społeczne urządzenia są słuszne.

 

 

* * *

 

Adam Heydel (1893-1941) – ekonomista i publicysta polityczny, przedstawiciel krakowskiej szkoły ekonomicznej w II RP, krytyk etatyzmu, zwolennik rozwiązań liberalnych. Urodził się 6 grudnia 1899 r. w Gardzienicach k. Radomska. Studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim zakończył doktoratem w 1922 r. Równolegle ze studiami, w latach 1919-21 pracował w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a następnie poświęcił się karierze uniwersyteckiej, uzyskując w r. 1925 habilitację z ekonomii politycznej. Od 1927 r. wykładał na UJ ekonomię, a w 1929 r. został profesorem nadzwyczajnym. Prowadził również zajęcia w uniwersyteckiej Szkole Nauk Politycznych oraz w krakowskim Wyższym Studium Handlowym. Był zdecydowanym zwolennikiem liberalizmu ekonomicznego, natomiast politycznie związał się z umiarkowanym skrzydłem obozu narodowego. Ostro krytykował dominujący w polityce gospodarczej międzywojennej Polski etatyzm i interwencjonizm. W latach 1930-1931 prezesował Klubowi Narodowemu w Krakowie. Za ostrą krytykę polityki władz sanacyjnych został w 1933 r. usunięty z katedry, na którą powrócił w 1937 r. Od 1934 r. był dyrektorem Instytutu Ekonomicznego PAU. W listopadzie 1939 r. został wraz z grupą profesorów UJ aresztowany przez Niemców i przez kilka miesięcy przebywał w obozie w Sachsenhausen. Zwolniono go w lutym 1940 r., ale w styczniu roku następnego ponownie uwięziono i skierowano do obozu w Auschwitz, gdzie zmarł 14 marca 1941 r. Główne prace: Podstawowe zagadnienia ekonomii (1925), Kapitalizm i socjalizm wobec etyki (1927), Czy i jak wprowadzić liberalizm ekonomiczny? (1931) Pojęcie produktywności (1934), Teoria dochodu społecznego (1935).

 

Prezentowany fragment pochodzi z pracy Kapitalizm i socjalizm wobec etyki, Kraków 1927, s. 13-19.

Sponsorzy:

Muzeum Historii Polski Patriotyzm Jutra

Dofinansowano ze środków MHP w ramach programu „Patriotyzm Jutra”

Teksty prezentowane na niniejszej stronie są dostępne na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa – 3.0 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Ośrodka Myśli Politycznej i Autorów tekstów.

Ilustracje, design: Stereoplan