Bolszewizm a cywilizacja

Jan Karol Kochanowski

Jan Karol Kochanowski

Jan Karol Kochanowski

1869-1949, historyk-mediewista, socjolog, historiozof, eseista, polityk.

Pisarze bolszewiccy – apostołowie i teoretycy omawianych tu „objawień” – dali się oczarować tak dalece swej doktrynie, że nie widząc wręcz już poza nią możności psychologicznej powrotu świata w dawne łożysko rozwoju, twierdzą, iż nadal możliwy jest li-tylko chaos, albo – komunizm.

Jan Karol Kochanowski

Jan Karol Kochanowski

1869-1949, historyk-mediewista, socjolog, historiozof, eseista, polityk.

Odpowiedzieć na to trzeba przede wszystkim, że ludzkość po przewrotach nie wkraczała nigdy w dawne łożysko „bez reszty”: zawsze jednak powracała do większości dawnych zasad podstawowych, wzbogacając je tylko pewną nadbudową.

Tak też będzie najpewniej i teraz, choćby dlatego, że komunizm nie tylko wobec istoty głębinowej, lecz – wobec przyrodzonego bezwzględnie człowiekowi gatunku natury ludzkiej, widocznego dla wszystkich spostrzegaczy normalnych, jest – podobnież jak perpetuum mobile – nieziszczalny.

Osiągalnym może się on wydać jedynie z arcynizin ego w znaczeniu socjalnym punktu widzenia. Na nic się to jednak nie zdało, bo punkt ten – w zastosowaniu do ludzkości, a choćby tylko do większych zbiorowisk ludzkich – może być jedynie abstrakcją. Życie realne natomiast roztoczy zawsze, wszędzie i automatycznie kalejdoskop rozwoju, stwierdzającego, że na mocy „prawa elity” synowie nizin pną się ku górze, a na mocy „prawa wyczerpania” górni ich towarzysze staczają się ku padołom: że tedy odpowiednikiem mechanicznym prawa ewolucji jest raczej toczące się w myśl przysłowia „koło fortuny” i wciąż zmienna w stosunku do poziomu pozycja jego szprych, aniżeli – komunistyczna równia płaszczyzny bez ruchu…

Zdają się to poniekąd wyczuwać samiż przytaczani tu mistrzowie bolszewizmu, skoro rozważają w ewangeliach swoich sprawę „proletariatu panującego”, który ipso facto [tym samym – przyp. red.] przestaje być… proletariatem, przynajmniej w pojęciu europejskim.

To pewna, że paradoksów bolszewickich nie zamieni na prawdę realną przysięgła jednostronność nizinna głoszących je apostołów – uwydatniająca się w zupełnej negacji wszelkich wartości duchowych, cywilizacyjnych, narodowych i historycznych ludzkości…

Jako ilustrację gatunku i poziomu ich rozważań, starczy może przytoczyć okoliczność, że mówiąc np. o walkach, toczonych o Alzację i Lotaryngię, wyrażają oni – w całej jakoby pełni „bez reszty” – bohaterskie zmagania się Francji z Niemcami o ich ziemie, w dwu tylko słowach tytułu książki komunistycznej, sprawom tym poświęconej: Żelazo i Węgiel. A wierni temuż duchowi – mianują (zasadniczo) wszelką… ojczyznę: „Zbójeckim państwem własnej burżuazji…”

Sądzić należy, że najbardziej nawet… rekordowe natchnienia w kierunku nizinno-materialistycznego pojmowania dziejów – nigdzie w świecie poza Rosją – prawda, że posiadającą „poetów” w rodzaju Pieczeryn’a – nie byłyby… zdolne do takich wzlotów!

I logika zresztą idzie tam o lepsze z… poezją…

Rozważając np. skomplikowaną a twardą z punktu widzenia cywilizacyjnego konieczność wyżywienia wielomilionowych rzesz danego kraju przez państwo – zalecają bolszewicy, drwiąc sobie z wszelkiej przemyślanej metody działania – krańcowy dyletantyzm w pracy publicznej, funkcjonariuszom urzędowym. Prawda, że wszak sam Lenin głosił był jawnie, iż zadanie główne komunistów polega na tym, by każdą kucharkę (sic!) nauczyć sztuki rządzenia… państwem!

Iście moskiewski to paradoks – tchnący dla naiwnych przedziwną „prostotą serca”, zwaną po rosyjsku czistosierdiecznozt – a będący w istocie swojej – jak bezmiar innych, analogicznych „kwiatów uczucia” tych ludzi – żagwią zagłady!

Niepodobna bowiem zaprzeczyć, że razem wziąwszy, jest to wszystko zaślepionym w sobie chamstwem – wykładnikiem dusz, których nie stać na wartości inne…

Ciemnota nie byłaby atoli w stosunku do światła zjawiskiem, godnym bohaterskiego przeciwstawienia się jej, gdyby nie rozporządzała – zwłaszcza w przypadku omawianym – brutalną, groźną dla cywilizacji, potęgą swych sił ponurych…

A z logiki rzeczy i z dziejów ludzkości wynika, że barbarzyńcy nie bywali w zasadzie stroną – gremialnie a planowo dopraszającą się cywilizacji, lecz ona to – w myśl istotnych nakazów swoich – „narzucała” się im – sama.

Stać się to winno i obecnie tym snadniej, że gdyby nawet przypuścić, iż bolszewizm zrodził się nie tylko z grubej materialnie, bo arcygromadzkiej stadności rosyjskiej – lecz również jako odruch duchowy myślicieli tamtejszych przeciw panoszącej się w życiu ohydzie zła – trzeba stwierdzić, że metody walki bolszewickiej z owym złem, nie czerpane (cywilizacyjnie) z ducha, lecz (antycywilizacyjnie) – z materii, nie sprostają, bo sprostać nie będą w stanie, zamierzonemu celowi.

Wydaje się to i z punktu widzenia całkiem realnego zupełnie jasnym: wszak – że wskażemy tu pierwszy przykład z brzegu – fabrykant zwykł zwyciężać ekonomicznie rękodzielnika a – ulegać przewadze majątkowej Towarzystw akcyjnych – te zaś Syndykatom, czy Trustom, a one – ewentualnie – kapitałowi państwowemu danego kraju…

Jest to normalna kolej rzeczy, oparta na logice i na przeciętnym poczuciu ludzkim ewolucji rozwoju.

Tymczasem – sprzeczna nie tyle z istotą kapitalizmu, co z podstawowymi przesłankami życia – rewolucyjność bolszewizmu – uderza tu jako zabieg, gwałcący wszystko i wszystkich z góry, a przeto zasadniczo co do przyszłości swej beznadziejny…

Stosunkowa długotrwałość bolszewizmu daje się wytłumaczyć: słabą zwartością mieszkańców, wielkim obszarem, ułatwionym przezeń terrorem, oraz biernością i pierwotnością Rosji, w której, nie mówiąc już o zupełnym, pradziedzicznym braku oświaty – natura ludzka nie miała po dziś dzień jeszcze możności dziejowej zorientować się historycznie sama w sobie…

Gdzie indziej nie byłoby to wszystko – choćby i na krótko – zgoła możliwe. Atoli panowanie czegokolwiek-bądź – a przeto i arcychamstwa, połączonego nawet z obłąkaniem – przedstawia się w Rosji – zwłaszcza pozostawionej przez świat zewnętrzny w spokoju – jako coś nieobliczalnie długiego, przy czym nieszczęsny lud tego kraju – jak człowiek o uciętych kończynach, któremu kazano stąpać na kikutach – dawać może z siebie i nadal widowisko okropne czołgającego się w błocie tułowiu! Tym bardziej, że szczerzy bolszewicy ideowi to jakby niesamowite istoty z Marsa, widzące wszystko w odmiennym niż świat cały, kształcie i kolorze… Zbytecznym byłoby tu dodawać, że w zjawisku tym uwydatnia się nade wszystko przeniesiona na pole życia realnego przysłowiowo sfinksowa rosyjskość, debiutująca ongiś w słynącej szeroko przedwojennej literaturze pięknej tego kraju.

Potykając się w szrankach proletariatu, walczy właściwie ta sfinksowość w sprawie własnej: broni rodzimych nizin swych kulturalno-dziejowych – najrodzeńszej swojszczyzny swojej – poszukując dla niej, jako dla świata swego „ja” – panującego miejsca w życiu.

Żadnym też narzędziem, żadnym dnem nizin nie gardzi, byle wyzwolić samą siebie z pęt nienawistnej, bo niepojętej dla niej cywilizacji…

Paradoksalność tych założeń skrzy się oczywiście, jak wszelkie przeciwieństwa drastyczne – w danym przypadku w stosunku do umysłów zachodnich – niezwykłym humorem, póki nie stanie się tragedią.

Na razie też – zanim łzy krwawe popłyną – trafia ów humor paradoksalny do dusz ludzkich z prawa i z lewa…

Żonglerzy – intelektualiści świata cywilizowanego – nie rozróżniając na razie karambolów ideowych od posiewu krwi i łez – witają nieraz po kabotyńsku ów humor okrzykiem entuzjastycznym: Ex Oriente lux! [światło (przychodzi) ze wschodu – przyp. red.] – czemu bosiacy moskiewscy, których przyprawia on o niezasłużony zaiste zawrót głowy – wtórować zwykli „zwycięskim” pomrukiem wątrobianym na temat „zgniłego Zachodu”…

Co niegdyś dla Bakunina, a potem dla naciągniętego ad hoc Marksa, bywało oderwaną od życia wizją abstrakcyjną – naiwni, jeśli szczerzy, wrogowie „zgnilizny” wcielają z zapałem w życie, stwarzając przymus, będący osią „raju” bolszewickiego, mającego za zadanie uszczęśliwić świat – nie tylko wbrew jego woli, ale i wbrew rządzącym nim nieubłaganie prawom przyrodzonym rozwoju…

Największą też bodaj pochwałą walorów „kultury burżuazyjnej” jest okoliczność, że Rosja – li tylko dzięki jej pozostałościom u siebie i – mniej lub bardziej tajemnym ich rekonstrukcjom – utrzymuje się przy życiu, mimo zbrodniczych, obłąkańczych i samobójczych eksperymentów bolszewizmu…

A przecież do eksperymentów tych należy i taki, że robotnicy miejscy zostali uprzywilejowani przez bolszewików pięciokrotnie w stosunku do wiejskich…

Zgadza się to wprawdzie z praktyką socjalizmu, ale nie z faktem, że światem – mimo wszystko – rządzić będzie istotnie słoneczne zdrowie wsi – nie zaś patologia mrocznej niziny miast…

Przykładów podobnych można by tu przytoczyć wiele, a wszystkie one stwierdziłyby najniewątpliwiej okoliczność, że z punktu widzenia logiki rzeczy wieńczący je w „raju” rosyjskim ateizm wojujący wydać się musi spostrzegaczowi jak najzupełniej na miejscu – i to pod każdym względem… Bo i jakże? Wszak sam już kamień węgielny teorii bolszewizmu – ubóstwienie masy aż do stopnia negacji absolutnej świata wewnętrznego jednostki ludzkiej – toć to uznanie klasyczne wyłączności materii i jej panowania bezwzględnego nad („nieistniejącym”) duchem. Wobec tego akcja tzw. bezbożnictwa jest już właściwie jednym tylko więcej bis in idem [znów to samo – przyp. red.]. Zresztą, sam zmysł cywilizacyjny pohańbionego w swej istocie człowieczeństwa zżyma się na myśl tego dysonansu moralnego, jaki musiałby powstać z zestawienia bolszewizmu – z Bogiem!

Na miejscu byłby tu jedynie bodaj symboliczny Antychryst, którego mianem złowrogim piętnuje ludzki zmysł moralny wszystko to, co się znajduje i dzieje – po „tamtej stronie…”

Zaznaczyć trzeba przy tym, że „Antychryst” bolszewizmu nie jest na szczęście bohaterem „bez zmazy”. Zapewnia on – i słusznie – swych wyznawców i swe ofiary o… tymczasowości swego państwa, swej armii, swego terroru i gwałtu, mających trwać jedynie do chwili… powstania raju na ziemi za jego sprawą.

Trudno zaiste o bardziej… szekspirowski obrazek chamstwa, wątpiącego o samym sobie nawet w chwili tryumfów zawrotnych – bo węszącego, jak widać, grożący mu bat przeznaczenia…

I słusznie: duch bowiem powiedzieć może mu tylko i powie – jak Bóg zbuntowanym aniołom: na kolana!!!

Wszystkie te rozważania prowadzą do wniosku, że bolszewizm to politycznie stylizowane chamstwo – podobnie, jak przedwojenne „bosiactwo” artystyczne Andrejewa, Arcybaszewa, czy Gorkiego, było tegoż, niepanującego jeszcze chamstwa, stylizacją literacką… Toteż, po znanych nam z dziejów starożytnych buntach niewolników, po średniowiecznych rozruchach ludowych i hajdamaczyznach czasów późniejszych, nowością w bolszewizmie zasadniczą jest nie tyle z pewnością przypisywana mu dość powszechnie a powierzchownie niezwykłość jego jakościowa – ile niewątpliwie, par excellence [w najwyższym stopniu – przyp. red.] ilościowe jego pierworództwo, ze względu na bezmiar liczebny ofiar jego i adeptów, a stąd i na wpływ jego w świecie całym.

Tak czy owak, niepodobna jednak równać bezmyślnie bolszewizmu, a choćby tylko zestawiać go w zakresie cech jego zewnętrznych – zwłaszcza, jak się to dzieje, krwawych – z Wielką Rewolucją, której hasła ideowe, zrodzone nie z odmętów barbarzyństwa, jak w bolszewizmie, lecz wręcz przeciwnie: ze spaczonych może tu i owdzie, ale najwyższych bodaj wzlotów cywilizacji – miały bądź co bądź na celu podnieść człowieka, jako istotę, panującą w naturze, nie zaś – wdeptać go w błoto…

Na zachodzące zaś tu i tam analogie makabryczne, dość może byłoby odpowiedzieć, że wszak stół chirurga i jatki, to coś, mimo pewnych podobieństw zewnętrznych, antypodycznie przeciwnego sobie…

Mimo wszystko to, trzeba atoli przyznać, że tzw. „gniew ludu” nie wybuchał nigdy jeszcze i nigdzie w dziejach, z tak przerażającą jak w bolszewizmie, furią ani potęgą.

I nie o hekatomby tu chodzi – nie o morze krwi ani łez, lecz – o cofnięcie człowieczeństwu prawa bycia sobą…

Zda się jak gdyby do świata całego mówił tu sam Bóg: Nie potrafiliście, aniście chcieli być ludźmi – i oto za pośrednictwem ciemnych a nieszczęśliwych – ostatnich spośród mieszkańców ziemi – odejmuję wam przywilej człowieczeństwa w naturze!

Miara to przestępstw materialistycznych świata – miara oddalenia się jego od ducha – miara klątwy, jakiej nie doznawała jeszcze ludzkość, bodaj nigdy!

Z jednej strony ideowo zagroził światu komunizm; z drugiej ekonomiści cywilizowani jęli, jak wiadomo, prorokować konieczność nieuniknioną przymusu pracy fizycznej obywateli na rzecz państwa – w środowiskach, pod względem haseł i programów nic wspólnego z bolszewizmem nie mających…

Razem wziąwszy, równa się to – jedno i drugie – stanowi rzeczy przedcywilizacyjnemu – nomadycznemu jeszcze, czy wczesno-historycznemu – tj. okresom pradawnym, poprzedzającym relacje pieniężne za przymusową pracę niewolną z czasów brzasku historycznego państw i towarzyszącej mu gospodarki naturalnej.

Co to wszystko znaczy?

Nic innego bodaj, jak tylko powrót automatyczny do stada i jego urządzeń pierwotnych z chwilą kiedy przerost liczebny ludzkości – hipertrofia liczby – spowodowała jakościową atrofię cywilizacji…

Wniosek stąd, że takie nawet, jak dziejowy europeizm, czy azjatyzm – kategorie jakości, zależne są koniec końców od nieprzekraczalnej w danych warunkach istnienia, kategorii ilości!

Na głowie tedy stanęło wszystko; obnażone zostały z pokrywających je łachmanów, pseudo-wartości ludzkie – aż w bagnie upadku niepodobna już niemal dostrzec… samego siebie. Nic dziwnego! Wszak zasada, „ustalająca prawo ilości do deptania jakości” nie osiągnęła nigdy i nigdzie poza bolszewizmem równie wyniosłych szczytów!

Jeżeli też Chrześcijaństwo – oś cywilizacji europejskiej – wznosi się, dzięki bezkresowi swemu – strzeliście ku niebu, rozwijając po drodze głębię istoty ludzkiej w jej związku z Bogiem – i jeżeli proces ten darzy siłą rozpędu najlepsze siły człowiecze, wprawiając je w wir twórczości wszechstronnej – to bolszewizm jest procesu tego antytezą iście klasyczną, bo szczyty jego nie wznoszą się ponad przyziemność, przytłaczającą jaźń ludzką szczelnie a bezwzględnie.

Bolszewizm – to negatyw Chrześcijaństwa w znaczeniu zarówno duchowym, jak fizycznym, bo – jak ktoś zauważył słusznie: „szatan, przeonaczywszy Chrześcijaństwo”, powołał do życia – bolszewizm…

 

* * *

 

Jan Karol Kochanowski (1869-1949), historyk, socjolog, eseista, polityk. Urodził się 30 stycznia 1869 w Rożenku (powiat opoczyński). Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim i Uniwersytecie Wrocławskim, a także w Deutsches Historisches Institut w Rzymie. Od 1908 r. wykładał historię średniowieczną w warszawskim Towarzystwie Kursów Naukowych. W 1919 r. został profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, zaś w roku akademickim 1920-1921 rektorem tej uczelni. Uczestniczył w pracach Polskiej Akademii Umiejętności i Towarzystwa Naukowego Warszawskiego, należących do najważniejszych instytucji naukowych II RP. W 1922 r. uniwersytet w Padwie przyznał mu doktorat honoris causa. W latach 1928-1930 był posłem na Sejm RP z ramienia BBWR. Jako myśliciel polityczny krytykował umasowienie i nadmierną egalitaryzację polityki, zarazem podnosząc zalety arystokratyzmu (zwłaszcza ducha) i hierarchii społecznej, zaś najlepszy ustrój widząc w monarchii. Jak wielu polskich myślicieli okresu międzywojennego, bolszewizm uznawał za wielkie zagrożenie dla tradycyjnej cywilizacji. Nie zgadzał się z tezą jakoby stanowił on radykalne zerwanie z Rosją carską, natomiast podkreślał, że komunizm znalazł tam podatny grunt, związany z rosyjskim charakterem narodowym. Do najważniejszych prac Kochanowskiego należą monografie poświęcone historii średniowiecznej (np. Kazimierz Wielki, zarys żywota i panowania (1899-1900), Witold, Wielki Książę Litewski (1900)), a także rozprawy, w których analizował zagadnienia z pogranicza socjologii, psychologii, filozofii i historii kultury, wśród nich: Postęp ludzkości jako wyraz praw psychicznych rozwoju (1917), Polska w świetle psychiki własnej i obcej (1920), Wśród zagadnień naszej doby (1934). Zmarł 6 października 1949 r. w Cielądzu.

 

Prezentowany fragment pochodzi z książki Wśród zagadnień naszej doby, Warszawa 1934, s. 423-430.

Sponsorzy:

Muzeum Historii Polski Patriotyzm Jutra

Dofinansowano ze środków MHP w ramach programu „Patriotyzm Jutra”

Teksty prezentowane na niniejszej stronie są dostępne na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa – 3.0 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Ośrodka Myśli Politycznej i Autorów tekstów.

Ilustracje, design: Stereoplan