Wojna polsko-bolszewicka 1919-1920 – alternatywy i konsekwencje? (Głos w ankiecie dwumiesięcznika „Arcana”)

Włodzimierz Suleja

Włodzimierz Suleja

Wykładowca Uniwersytetu Wrocławskiego, autor m.in.: PPS. Zarys dziejów (1988), Tymczasowa Rada Stanu (1999), Dolnośląski Marzec ’68. Anatomia protestu (2006).

Problem, określony przez redakcję „ARCANÓW” mianem kontrowersyjnego, w praktyce odnoszący się nie tyle nawet do polityczno-militarnych działań, prowadzonych od początków roku 1920 na wschodzie, co do całokształtu polskich poczynań zewnętrznych, pozostaje nadal obiektem najrozmaitszych mitotwórczych zabiegów.

Włodzimierz Suleja

Wykładowca Uniwersytetu Wrocławskiego, autor m.in.: PPS. Zarys dziejów (1988), Tymczasowa Rada Stanu (1999), Dolnośląski Marzec ’68. Anatomia protestu (2006).

Pokutuje zwłaszcza, zakorzenione w historiografii PRL, a sięgające swymi korzeniami i okresu dwudziestolecia międzywojennego przekonanie, że wyprawa kijowska była przejawem skrajnego politycznego awanturnictwa, za które personalnie ponosi odpowiedzialność Naczelnik Państwa, a zarazem Naczelny Wódz, Józef Piłsudski, zaś nadmierne zaangażowanie na wschodnim kierunku uniemożliwiło Polsce sensowne rozegranie zachodniej, plebiscytowej karty. Opinie, iż u schyłku roku 1919 Polska stała przed realną szansą na unormowanie stosunków z Moskwą, nawiązanie z państwem rządzonym przez bolszewików nie tylko gospodarczej, ale i politycznej współpracy, napotkać można i w poważnych naukowych opracowaniach, i tekstach publicystycznych. Wykorzystanie owej szansy oznaczało, jak nadal się głosi, uznanie  –  i to bez konieczności prowadzenia działań wojennych, a zarazem w wariancie korzystniejszym, aniżeli osiągnięto w Rydze  –  przebiegu granicy wschodniej, a także ważnego dla polskiej gospodarki dostępu do chłonnego wschodniego rynku, wreszcie wzmocnienia stanowiska II Rzeczypospolitej wobec dyktującej światu swe warunki Ententy. Rzecz w tym, iż zamknięcie konfliktu zbrojnego u schyłku 1919 nie było po prostu możliwe.

Na przełomie 1919 i 1920 roku na wschodzie Polska miała już tylko jednego, acz wyjątkowo groźnego, przeciwnika. Pasywna postawa Polski latem 1919 roku spowodowała, że w rozgrywce przestała liczyć się prowadząca zmagania z bolszewikami „biała” Rosja, aczkolwiek naciski, by Piłsudski czynnie wsparł siły Denikma, trwały nieprzerwanie od momentu nawiązania przez Polskę oficjalnych stosunków z zachodnimi mocarstwami. Presja ze strony Paryża, liczącego na odzyskanie w razie zwycięstwa „białych” wpływów w Moskwie, ale też i naciski ze strony Londynu zwielokrotniły się w początkach lata 1919 roku, kiedy to dowodzone przez Denikina armie sposobiły się do decydującej rozgrywki. Naczelnik, nie mający jakichkolwiek złudzeń co do stosunku „białego” generała do kresowych, wschodnich ziem nie zamierzał się angażować, bowiem przekonanie o restytucji „niepodzielnej” Rosji, demonstrowane przez Denikina i jego otoczenie, wykluczało rzeczową dyskusję o niepodległej Polsce wykraczającej swym obszarem poza Bug. „Biała” Rosja, ciesząca się nieporównywalnie większym poparciem Zachodu, aniżeli powracająca na mapę Europy Polska, była w tym momencie o wiele większym potencjalnym zagrożeniem aniżeli Rosja „czerwona”, toteż Piłsudski zdecydował się na krok co najmniej ryzykowny, podejmując nieoficjalne rozmowy z przedstawicielami Lenina. Piłsudski, wstrzymując polską ofensywę, stawiał na wyeliminowanie zagrożenia ze strony „białej” Rosji rękoma bolszewików. Wówczas na wschodzie pozostawał tylko jeden, skrajnie niebezpieczny, ale możliwy do pobicia, przeciwnik.

Przebieg rokowań, a także wiadomości, pochodzące z działań wywiadu, utwierdzały Piłsudskiego w przekonaniu, że bolszewicy sposobią się do finalnej, militarnej rozgrywki. Oficjalna, skierowana pod adresem Polski propozycja pokojowa z 22 grudnia 1919 roku. jak i kolejne, po niej wystosowywane, nie były niczym innym, aniżeli dymną zasłoną, obliczoną na wyrobienie w pierwszym rzędzie w obserwatorach konfliktu przekonania, że agresorem jest Rzeczypospolita. Propagandowej kampanii ulegano i nad Wisłą, jednak Polska, czego Piłsudski był w pełni świadom, nie miała wyboru. Naczelnik, pragmatycznie nie odrzucając ani federalistycznej, ani też aneksjonistycznej koncepcji (choć ta pierwsza wymagała rozwiązania, i to w myśl polskich planów, problemu restytucji Wielkiego Księstwa Litewskiego, postawienia na porządku dziennym kwestii ukraińskiej i forsowania planów tworzenia białoruskiego Piemontu), nie ukrywał przed rodakami, iż to właśnie na wschodzie znajduje się rozwiązanie dylematu, czy Polska „ma być państwem równorzędnym z wielkimi potęgami świata, czy ma być państwem małym, potrzebującym opieki możnych”. Z tego właśnie powodu wyeliminowanie ostatniego już przeciwnika, ze świadomością, że należy uczynić to samodzielnie, otrzymując jedynie materiałową pomoc ze strony państw zachodnich, pozwoliłoby na takie rozwiązanie problemu wschodnich kresów, by, zgodnie z koncepcjami Piłsudskiego, stały się one prawdziwą zaporą chroniącą Rzeczpospolitą przed imperialnymi zakusami jakiejkolwiek Moskwy.

Na wschodzie, w starciu z bolszewikami, miały się zatem rozstrzygnąć losy Polski. Jej miejsca, zajmowanego w powojennym świecie. W kalkulacji kosztów mogły się mieścić ewentualne straty na zachodnich i północnych rubieżach, ale nawet redukując wynegocjowany w Paryżu, wymagający jednakowoż plebiscytowego wypowiedzenia się, obszar państwa, nie przesądzały one o być albo nie być II Rzeczypospolitej. Akcja na wschodzie, obciążona olbrzymim stopniem ryzyka, była zatem, wedle mojego głębokiego przekonania, nieodzowna. Co więcej, strona polska, i to bez względu na fakt, kto odpowiadałby za jej czy to militarne, czy też dyplomatyczne poczynania, w gruncie rzeczy nie dysponowała polem manewru, swobodnym wyborem. Problem granic z Niemcami rozstrzygał w pierwszym rzędzie Traktat Wersalski, w praktyce narzucony nie tylko pokonanym Niemcom, ale i uznawanej przez Ententę za państwo sojusznicze odradzającej się Rzeczypospolitej. Poddanie się podobnemu- dyktatowi w odniesieniu do pozostałych granic, na południu (co ostatecznie stało się jednak w lipcu roku 1920), a przede wszystkim na wschodzie, redukowałoby polski obszar państwowy do granic poszerzonego o Galicję (wschodnią warunkowo) Królestwa Kongresowego. Nie są to, podkreślmy, spekulacje  –  o intencjach państw Ententy dobitnie świadczy kształt zaproponowanej przez Radę Najwyższą Mocarstw Sprzymierzonych 8 grudnia 1919 roku tymczasowej granicy wschodniej Polski, podstawy późniejszej tzw. linii Curzona czy przebieg dzielącej Wileńszczyznę tzw. linii Focha.

Konieczność nie jest równoznaczna z opłacalnością. Ta kwestia nie mogła być jednak rozstrzygnięta ani w roku 1919, ani w 1920. Pomijając kontrowersje, które decyzja o wyprawie kijowskiej wciąż budzi po latach, godzi się podkreślić, że niezbędność polskiego profilaktycznego uderzenia na wschód nie powinna budzić najmniejszych wątpliwości. Alternatywą byłoby oczekiwanie na ofensywę Armii Czerwonej, toteż manewr wyprzedzający. podyktowanie własnych warunków starcia, jest oczywisty nie tylko dla wojskowego. Poza sferą dyskusji należy postawić ewentualność pozytywnej odpowiedzi na podyktowane propagandowymi potrzebami propozycje pokojowe, wysuwane przez bolszewików. W realiach końca 5919 i początków 1920 roku Polska nie mogła pozwolić sobie bodaj na cień pozoru, że zamierza współpracować z Leninem. Ten niezrozumiały dla państw zachodnich i bez wątpienia nieoczekiwany przez nie alians skazywałby II Rzeczpospolitą na polityczną izolację otwierając zarazem, na co z pewnością liczyła Moskwa, drogę do wewnętrznej, „pokojowej” penetracji.

Piłsudski doskonale zdawał sobie sprawę, że pokój, tak uporczywie przez bolszewików proponowany, może mieć tylko „rewolucyjny” charakter. Wiedział, że zostałby on bez skrupułów zerwany w najbardziej dogodnym dla Kremla momencie. Uderzenie wroga należało wszakże nie tylko wyprzedzić, ale dysponować też najmniejszym bodaj, ale realnym sojuszniczym wsparciem. Służyły temu i zacieśniane coraz bardziej kontakty z reprezentantami „trzeciej” Rosji. Borisem Sawinkowem i Nikołajem Czajkowskim, i przede wszystkim porozumienie z naddnieprzańską Ukrainą. Strona polska potwierdzała zatem prawo Ukrainy do niepodległości, uznając zarazem Dyrektoriat na czele z Symonem Petlurą za jej zwierzchnią władzę. Petlura, w imieniu Ukrainy, zrzekał się pretensji do Galicji Wschodniej oraz polskich obszarów Wołynia i Podola, natomiast Piłsudski w imieniu Rzeczypospolitej rezygnował z obszarów na wschód od wytyczonej w ten sposób linii granicznej, należącej niegdyś do przedrozbiorowego polskiego państwa. Ukraińcy byli sojusznikiem cennym, dysponowali bowiem i własną siłą zbrojną, i wpływami na terenach przyszłych walk, Piłsudski bowiem, zamierzając zmusić bolszewików do militarnej konfrontacji, postanowił uderzyć na Kijów.

Plan wyprawy kijowskiej należy traktować jako logiczną konsekwencję zamysłu definitywnego pokonania bolszewickiej Rosji i wykreowania za wschodnią granicą Polski o ile nie łańcucha państw, odgradzających Rzeczpospolitą od bezpośredniego zagrożenia, to przynajmniej pozyskania tam wartościowego sojusznika. Sojusznika, traktującego ów alians poważnie nie tylko z powodu wdzięczności, ale widzącego w nim swój rzeczywisty interes. Rzetelna odpowiedź na pytanie, czy podobne polskie rachuby w odniesieniu do naddnieprzańskiej Ukrainy należy postrzegać jako coś realnego, czy tylko przysłowiowe pobożne życzenie, nie jest możliwa. Ukraiński sojusznik nie zdołał przecież zainstalować się na dłużej, toteż wszelkie domniemania, jak zachowywałby się za pięć czy pięćdziesiąt lat, w przypadku, gdyby Kijów pozostał niepodległą stolicą, nie są niczym innym, jak spekulowaniem czy też, nawiązując do modnych obecnie trendów, kreowaniem „historii alternatywnej”. Dla owych analiz niewiele wynika przecież z faktu, że wojska ukraińskiego sojusznika biły się dzielnie, podobnie jak mylące może być konstruowanie modelu polsko-ukraińskich państwowych odniesień eksponując konflikty pomiędzy ukraińską mniejszością a państwowym aparatem II Rzeczypospolitej.

Zasadne, choć równie trudne do jednoznacznego rozstrzygnięcia, są natomiast inne pytania. Pytania o sens i koszty strategicznych planów, przewidujących uderzenie na południu wobec zagrożenia na północy. Pytania o przygotowanie żołnierza, zaplecza, dopracowanie planów, i to nie tylko ataku, ale i obrony. Pytania o sposób działania, marginalizujący stanowisko narodowej reprezentacji, sejmu. O dobór wykonawców, bezpośrednio Naczelnemu Wodzowi podległych. 1 one dalekie są od jednoznacznych rozstrzygnięć, co nie oznacza, że nie powinno się ich stawiać. 1 próbować udzielać, bodaj cząstkowej, odpowiedzi.

Akcja polityczno-militarna na wschodzie, prowadzona przez Polskę, ściśle związana z poczynaniami i planami Piłsudskiego, nie była zatem, co raz jeszcze wypada podkreślić, wynikającym z nadmiernych personalnych ambicji połączonych z dyletanctwem, prowokowaniem narodowego i państwowego nieszczęścia. Była natomiast konsekwencją i geopolitycznego położenia odradzającego się państwa, i wypadkową politycznych koncepcji, i na koniec pochodną posiadanej wówczas militarnej siły. To prawda, że w jej wyniku nad odradzającą się Rzecząpospolitą zawisło najpoważniejsze, w dobie walk o granice, niebezpieczeństwo. Państwowych granic nie otrzymaliśmy jednak za darmo, na terytorialny kształt państwa złożył się bowiem tak dyplomatyczny, jak przede wszystkim militarny wysiłek. Wysiłek, dodajmy, przekraczający realnie posiadane możliwości. Wysiłek, na który musimy spoglądać z należnym mu szacunkiem.

 

Twórcy strony dziękują redakcji pisma „Arcana” za zgodę na przedruk.

Sponsorzy:

Muzeum Historii Polski Patriotyzm Jutra

Dofinansowano ze środków MHP w ramach programu „Patriotyzm Jutra”

Teksty prezentowane na niniejszej stronie są dostępne na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa – 3.0 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Ośrodka Myśli Politycznej i Autorów tekstów.

Ilustracje, design: Stereoplan