Polska – Rosja 1919-1920: w poszukiwaniu alternatywnego scenariusza

Tomasz Gąsowski

Tomasz Gąsowski

Tomasz Gąsowski

Wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego (Instytut Historii), kierownik Katedry Kultur Mniejszości Narodowych Akademii Ignatianum, autor m.in. książek Wojna polsko-bolszewicka: 1919–1920 (1990), Między gettem a światem. Dylematy ideowe żydów Galicyjskich na przełomie XIX i XX wieku (1996) i Pod sztandarami Orła Białego (2002).

Zamysł śmiały i projekty

Rząd postaci, intryg splot

Jedno drugim się oświetli

Spełni się fortuny los.

 

J. W. Goethe, Pieśń artystów, przeł. A. Lam, [w:] Tobie głosu użyczam, Warszawa 1999.

Tomasz Gąsowski

Tomasz Gąsowski

Wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego (Instytut Historii), kierownik Katedry Kultur Mniejszości Narodowych Akademii Ignatianum, autor m.in. książek Wojna polsko-bolszewicka: 1919–1920 (1990), Między gettem a światem. Dylematy ideowe żydów Galicyjskich na przełomie XIX i XX wieku (1996) i Pod sztandarami Orła Białego (2002).

Historia alternatywna i historia kontrfaktyczna

 

Historia alternatywna, a zatem opowieść o jakimś epizodzie z przeszłości, dla której punktem wyjścia jest słowo „gdyby”, zdobywa stopniowo uznanie profesjonalistów, choćby ze względu na jej walory popularyzatorskie. Ten rodzaj narracji bowiem sprawia, że taka wizja dawnych wydarzeń staje się bardziej atrakcyjna i może rozbudzić głębsze zainteresowanie historią, już „bezprzymiotnikową”. Dzieje się tak również w Polsce, choć raczej na niewielką skalę. Jednak i tu wydaje się, że pewna metodologiczna anatema ciążąca jeszcze do niedawna za sprawą cechu ortodoksyjnych historyków nad każdą tego typu próbą, jest powoli zdejmowana. Świadczą o tym choćby dwie książki Janusza Osicy i Andrzeja Sowy, dalej publikacje Elżbiety Olczak i Joanny Sabak czy Pawła P. Wieczorkiewicza, zawierające takie właśnie rozważania znanych polskich historyków z akademickimi tytułami, kreślących alternatywne wersje różnych fragmentów polskich dziejów[1]. Nieco innym przykładem jest ciekawy tom autorstwa Witolda Orłowskiego – skądinąd cenionego ekonomisty – pt. Stulecie chaosu, ukazujący różne warianty dziejów świata w XX w.[2] Punktem wyjścia refleksji tego typu, niezależnie czy będzie to historia alternatywna, czy kontrfaktyczna, jest zawsze podobnie brzmiące pytanie: co by było gdyby…? Spróbujmy zatem zastanowić się przez chwilę, czy jest ono uprawnione i w jakich ewentualnie warunkach można je formułować w narracji historycznej.

„Pytanie co by się stało, gdyby nie wydarzyło się to i tamto, jest niemal jednomyślnie odrzucane, tymczasem jest to pytanie zasadnicze” – zauważał Nietsche w 1879 r.[3] Niemal w tym samym czasie znakomity polski dziejopisarz Michał Bobrzyński formułował pogląd, który można uznać za akceptację takiego właśnie podejścia, bez odbierania mu naukowej rangi. W swych Dziejach Polski w zarysie stawiał pytanie:

Czy wolno historykowi w opowiadaniu zdarzeń dziejowych używać rozumowań tego rodzaju: „Gdyby ten lub ów był to a to zrobił inaczej niż zrobił, gdyby naród posiadł ten a ten charakter lub znajdował się w tych a tych warunkach, to w takim razie dzieje narodu poszłyby innym torem”?

I zaraz odpowiadał:

…Możemy powiedzieć, że „gdyby” historyczne jest możliwe i pożyteczne jeżeli: 1) przypuszczenie faktyczne, na którym się opiera, jest prawdziwe lub w danej chwili możliwe, 2) jeżeli wniosek z przypuszczenia wyprowadzony uzasadniony jest w umiejętności, 3) jeżeli postawienie przypuszczenia i postawienie wniosku objaśnia istotnie niektóre różne kierunki i drogi, których w danej chwili naród lub osobistość historyczna mogły się chwycić.

Dalej Bobrzyński zauważa, że jeśli historyk ma prawo w swoim opracowaniu chwalić i ganić, czyli inaczej mówiąc formułować oceny, to w istocie już z samego tego faktu wynika, że dostrzegł on lepszą lub gorszą możliwość zachowania w danym momencie. Na koniec jednak przestrzega:

Nie ulega wątpliwości żadnej, że błędne używanie historycznego „gdyby” szkodzi historycznej pracy, ale dlatego, że jeden może z pewnej rzeczy zły zrobić użytek, nie można jej zabronić innym, którzy nią zdołają z wielkim pożytkiem władać.[4]

Współcześnie można wyróżnić dwa kierunki konstruowania dziejowych alternatyw. Przestrzenią, w której rozwija się i funkcjonuje pierwsza z nich, jest twórczość literacka. W polskiej wersji możemy ją zatem odnaleźć w późnych powieściach Teodora Parnickiego, a współcześnie w książkach Jacka Dukaja[5]. Ponadto będą to scenariusze filmów i seriali telewizyjnych czy gier komputerowych. Koncentruje się ona na prezentowaniu zdarzeń, które były następstwem pewnego punktu zwrotnego, faktu, który miał – a raczej mógł mieć zdaniem autora takiej narracji – inny przebieg niż jest to zgodnie przyjęte w dotychczasowej historiografii. Taki właśnie fakt staje się punktem wyjścia do stworzenia opowieści o innej „rzeczywistości”. To historia alternatywa. Stanowi ona całościową wizję odmiennego przebiegu sekwencji zdarzeń. Wkracza tym samym w gatunek twórczości, który bywa określany jako historical fiction, znany zwłaszcza z seriali i gier komputerowych, także z literatury pięknej i który zaliczany bywa raczej do twórczości artystycznej niż naukowej.

Ale jest i drugi rodzaj alternatywnej narracji, młodszy od poprzedniego, który bywa uprawiany często przez profesjonalnych historyków w trakcie akademickich seminariów. To historia kontrfaktyczna (w użyciu bywają też inne nazwy: historia niebyła, wirtualna lub irrealna). W tym przypadku uwaga praktykujących ją specjalistów skupia się przede wszystkim na poszukiwaniu punktu zwrotnego, od którego wydarzenia zaczynają biec innym torem i rytmem. Historia kontrfaktyczna stara się zatem wskazać na możliwość innej decyzji, innego kontekstu, a w efekcie innej formuły dla zdarzenia uznanego w tradycyjnej narracji historycznej za poświadczony źródłowo, niepodważalny „fakt”. W tym miejscu – zaznaczmy tylko dla porządku – dotykamy kolejnego wątku metodologicznego związanego z kategorią faktu, kategorią poddawaną gwałtownej krytyce we współczesnej narracji historycznej[6].

W narracji kontrfaktycznej sam dalszy ciąg zdarzeń, będący następstwem owego momentu przełomu i składający się na odmienną rzeczywistość, nie przyciąga już specjalnie uwagi jej twórców ze względu na świadomość zbyt dużej liczby możliwości, które narastają lawinowo wraz z każdym kolejnym zdarzeniem. Co może być źródłem prawomocności takiej historiografii poza wyobraźnią jej autorów? Tu odwołać się możemy do refleksji cytowanego wcześniej Michała Bobrzyńskiego. W jego ujęciu, które znalazło potem zwolenników i kontynuatorów, może być nią każda ocena tego, co się stało. Zakłada ona bowiem istnienie alternatywy, lepszej lub gorszej, ale innej, stanowiącej punkt odniesienia dla dokonywanych ocen. W tym ujęciu proces historyczny nie jest z całą pewnością zdeterminowany. Inną okolicznością jest podobieństwo do kategorii hipotezy, wobec formułowania której w narracji historycznej nie wysuwa się na ogół poważnych zastrzeżeń.

Niezależnie od różnic, jakie występują między obu typami alternatywnej narracji, łączy je jednak punkt wyjścia. Mianowicie w metodologicznej procedurze konstruowania alternatywnej (kontrfaktycznej) historii sprawą kluczową jest – powtórzmy to raz jeszcze – znalezienie w ciągu realnie rozgrywających się zdarzeń momentu, w którym mogły one potoczyć się inaczej aniżeli się to stało. I na tym się właśnie skupimy.

Wydarzenia, o których będzie dalej mowa, nie były jak dotąd, poza jednym przypadkiem, przedmiotem rozważań w tej konwencji. Ten jeden przypadek, ale za to w ujęciu trzech historyków – to bitwa warszawska. Profesorowie Andrzej Ajnenkiel, Andrzej Garlicki i Paweł Wieczorkiewicz wypowiadając się na jej temat w cytowanych wyżej książkach byli zgodni co do tego, że o sukcesie strony polskiej zadecydował pewien przypadek, który nie musiał się zdarzyć. Następnie kreślili scenariusze dalszego biegu wojny i jej końca z uwzględnieniem przegranej Polaków, co skądinąd nie wymagało zbyt wielkiej wyobraźni. Czym innym jest natomiast sama krytyka polityki wschodniej Piłsudskiego, formułowana już w trakcie jej realizacji przez obóz Romana Dmowskiego, a po jej zakończeniu przez ludzi, których ojczyste strony zostały odcięte kordonem – jak określano często granicę ryską – od Polski. Za przykład może posłużyć przepełniony goryczą i niechęcią do Naczelnika Państwa fragment wspomnień Edwarda Woyniłłowicza[7]. W połowie lat 30. do tego wcale niemałego chóru dołączyły głosy wybitnych intelektualistów o antykomunistycznej (antybolszewickiej) orientacji. Wyraziste stanowisko w tej kwestii zajął profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego Adam Krzyżanowski[8]. Bardziej złożona, choć również krytyczna była opinia innej znakomitości tego czasu, uczonego i myśliciela, profesora Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie Mariana Zdziechowskiego[9]. Po II wojnie światowej będzie to natomiast pełna nieskrywanej pasji, literacka wypowiedź Józefa Mackiewicza, którą zajmiemy się nieco szerzej. Ten wybitny pisarz w swoich dwu powieściach Zwycięstwo prowokacji oraz Lewa wolna krytykował Piłsudskiego za uchylenie się od ostatecznej rozprawy z bolszewikami, obarczając go tym samym współodpowiedzialnością za wszelkie następstwa tej decyzji, łącznie z opanowaniem przez nich połowy Europy po II wojnie światowej, terrorem, zbrodniami etc.[10] Literacka formuła zwolniła go od konieczności głębszego namysłu nad możliwościami realizacji tej misji oraz ceną, jaką Polska musiałaby za nią zapłacić. Trzeba wszakże zauważyć, że słowa krytyki skreślone piórami znakomitych uczonych i wybitnego pisarza nie są równoznaczne z potwierdzeniem istnienia alternatywnego scenariusza, którego tu poszukujemy.

Poniższy tekst odnosi się głównie do tej właśnie kwestii i jest próbą przyjrzenia się sensowności stawianych zarzutów. Pozostając w zgodzie z konwencją historii kontrfaktycznej, koncentruję się zatem na poszukiwaniu owego punktu zwrotnego spełniającego odpowiednie kryteria. Całą listę takich warunków wymienia Alexander Demandt w swoim traktacie o historii kontrfaktycznej[11]. Warto jednak przytoczyć tu przede wszystkim jego wyjściowe założenie, że słowo „konieczność jest w nauce o historii nieprzydatne. Relacjonując naszą historię musimy więc szukać takiego punktu i w zależności od rezultatu poszukiwań odpowiedzieć na tytułowe pytanie o możliwość innego przebiegu starcia Polski i Rosji w tych przełomowych latach oraz jego ewentualnych następstwach. Albo też wskazać na brak takiej możliwości.

 

Na krańcu Europy – między pokojem a wojną

 

Początek historii, którą zamierzamy tu opowiedzieć, można z powodzeniem umieścić w symbolicznym dla Europy, ale i Polski – choć z różnych powodów – dniu 11 listopada 1918 r. Ten dzień nie po raz pierwszy ujawnił podział naszego kontynentu na dwie części. Zachodnia świętowała zakończenie długich, wyniszczających działań militarnych, zaczynała liczyć straty i myśleć o zabliźnianiu ran. Wschodnia Europa, w tym Polska, wkraczała w nową fazę zmagań wojennych, a także innego rodzaju starć o rewolucyjnym podłożu wewnątrz poszczególnych krajów. Największą intensywność, tak co do czasu trwania, przestrzeni, jak i wreszcie co do liczebności ścierających się osiągnął konflikt zbrojny między odradzającą się Rzeczpospolitą a Rosją – czy też raczej Rosjami. Dwiema Rosjami! Konflikt ten miał ogromne, zapewne decydujące znaczenie dla przyszłości państwa polskiego, wręcz dla jego istnienia. Wywarł również bardzo duży wpływ na sytuację wewnętrzną Rosji, jej kształt terytorialny, a przede wszystkim ideologiczny format. Miał wreszcie, ze względu na ten właśnie ideologiczny aspekt, również znaczenie dla świata, a z pewnością dla Europy, choć ta nie chciała o tym słyszeć. Było to pochodną rewolucyjnych idei głoszonych i realizowanych przez jedną z tych dwu Rosji – czerwoną, bolszewicką Rosję Lenina i Trockiego. Ostateczny przebieg tej rozgrywki jest znany i opisany, choć prawdę mówiąc jej historiografia nie jest wcale imponująca, biorąc pod uwagę skalę wydarzeń. Oceny i interpretacje są natomiast dość różne. Po stronie polskiej przeważają raczej pozytywne, optymistyczne. Zazwyczaj jednak dość łatwo przechodzą one do porządku nad dwoma punktami. Pierwszy to ponadregionalny charakter tego starcia, a więc i jego rezultatów. Drugi zaś to częste, również zbyt pospieszne przechodzenie do porządku nad faktem, iż w tym przypadku obie strony realizowały strategie ofensywne. Bolszewicy pod Warszawą w sierpniu 1920 r. wywołali u większości Polaków – w tym także historyków, nawet tych piszących hagiografię Piłsudskiego – przekonanie o wyłącznie obronnym charakterze polskich działań politycznych i zbrojnych w owym czasie. Tymczasem było z gruntu inaczej.

Zatem punktem wyjścia dla naszych rozważań, w których z konieczności koncentrować się będziemy wokół osoby ówczesnego Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego, niechaj będzie opis sytuacji panującej w naszej części kontynentu jesienią 1918 r. Oto pomiędzy małą (Kongresówka, a i to nie cała, oraz Galicja Zachodnia) i słabą, bo dopiero budzącą się do niepodległego życia Polską a rozdartą wewnętrznym konfliktem między białymi a czerwonymi Rosją rozciągały się niezmiernie rozległe obszary dorzeczy Niemna, Prypeci i Dniepru[12]. Były to ziemie litewsko-biało­rusko-ukraińskie, niegdyś części I Rzeczpospolitej, przedzielone mniej więcej w połowie rozległym terytorium Polesia, nienadającym się do działań wojennych[13].

W przeszłości były one przedmiotem sporu i rywalizacji między państwem polsko-litewskim a Moskwą. Miała ona różny przebieg, przypomnijmy tylko, że był czas, kiedy granica Wielkiego Księstwa Litewskiego przebiegała 50 wiorst na zachód od maleńkiej wówczas Moskwy. Jednak potem wszystko się odmieniło i od końca XVII w. szala powodzenia przechyliła się na stronę Rosji, a jej przewaga nad słabnącą Rzeczpospolitą stale rosła, aż do upadku Polski pod koniec XVIII w. Przystępując w listopadzie 1918 r. do budowy nowej polskiej państwowości w gruntownie zmienionych warunkach i okolicznościach Piłsudski postanowił odmienić tę geopolityczną nierównowagę. Dostrzegł bowiem pojawienie się w tym dziejowym momencie wyjątkowej i zapewne niepowtarzalnej szansy dla Polski, której niepodjęcie z racji niesionego przez nią równocześnie ogromnego ryzyka, byłoby niewybaczalnym przez potomnych błędem[14]. Przywrócenie równowagi miało nastąpić poprzez odepchnięcie Rosji daleko na wschód, zaś obszar, o którym mowa, zostałby ponownie w jakiejś formie związany z odradzającą się Rzeczpospolitą.

W tym miejscu poczynić wypada ważną uwagę, po trosze o charakterze metodologicznym. Otóż o swoich zamierzeniach Marszałek mówił wówczas (i także później) bardzo rzadko, zazwyczaj w ścisłym kręgu najbliższych współpracowników, a i to fragmentarycznie, prawie wcale natomiast nie pisał. Stąd historycy, życzliwi mu czy też przeciwnie, nastawieni niechętnie lub wrogo (endecja, komuniści, generalnie Rosjanie i ich akolici), skazani są jedynie na próby rekonstrukcji jego wizji, a przy niemal całkowitym braku miarodajnych informacji źródłowych nietrudno tu o błędy interpretacyjne. Nic dziwnego, że na tym tle zrodziły się trzy próby wyjaśnienia sensu działań Marszałka w latach 1918-1921:

  1. Motywowany klasowo podbój, będący równocześnie częścią antybolszewickiej interwencji Zachodu (Ententy).
  2. Federacja wschodnioeuropejska podbudowana częściowo ideologią socjalistyczną.
  3. Najdalej i najśmielej idąca interpretacja trzecia, autorstwa prof. Andrzeja Nowaka, zakładająca, że właściwym celem Piłsudskiego było stworzenie Polskiego Imperium Dominiów[15].

Spójrzmy więc jak przebiegała realizacja jego planów, nie rozstrzygając o ich ostatecznym kształcie. Jest to o tyle zasadne, że znając elastyczność myślenia i działania Piłsudskiego wolno sądzić, iż ulegały one modyfikacji wraz ze zmianami realiów politycznych i militarnych na wschodzie. Był on wprawdzie wizjonerem, ale równocześnie potrafił też postępować na wskroś pragmatycznie. Najlepiej będzie prześledzić to w dwu odsłonach, które odpowiadają dwóm różniącym się czasem, miejscem a także skalą próbom zmierzenia się z tym wyzwaniem.

 

Odsłona pierwsza

 

Pierwsza i chyba najważniejsza próba, jaka nas tu zajmuje, rozegrała się między kwietniem a listopadem 1919 r. Jej autorem i zarazem głównym wykonawcą był sam Piłsudski. Może nie od rzeczy będzie zaznaczyć już na wstępie – jako że postać ta będzie się stale pojawiać w tej opowieści – że realizujący ów własny projekt Naczelnik Państwa to po pierwsze spadkobierca tradycji Wielkiego Księstwa Litewskiego, który to kraj stanowił dlań bliższą ojczyznę nie tylko w sensie geograficznym, ale także ideowym i sentymentalnym. Po drugie zaś, to wybitny socjalista walczący przez lata z caratem, którego prostą kontynuacją była dlań biała Rosja.

Nieco wcześniej z obszaru, o którym mowa, zaczęły się stopniowo wycofywać okupujące go dotychczas wojska niemieckiego frontu wschodniego (Ober-Ostu). Powstała więc swoista pustka, w którą od wschodu zaczęły wkraczać oddziały bolszewickie by kłaść tam podwaliny pod sowieckie republiki białoruską i litewską, od zachodu zaś posuwały się niespiesznie niewielkie oddziały polskiego wojska. Do nieuniknionego zetknięcia doszło w połowie lutego (dokładny czas i miejsce są różnie określane) i był to początek kolejnej odsłony starego konfliktu polsko-rosyjskiego o panowanie nad tym obszarem[16]. Ideologiczne, a tym bardziej propagandowe uzasadnienia padające z obu stron nie są tu najważniejsze. O losach starcia decydować miała determinacja i siła walczących. Te po obu stronach były początkowo skromne i mniej więcej wyrównane. Większość oddziałów formowanej świeżo Armii Czerwonej była zaangażowana na froncie wewnętrznym, Polacy także musieli prowadzić działania wojenne w Małopolsce Wschodniej, a przejściowo również na froncie czechosłowackim, myśleć o zajęciu Pomorza i wspierać powstańców wielkopolskich.

Tekst z wydanej przez Ośrodek Myśli Politycznej książki pt. Historie trudnych alternatyw. Dylematy polityczne czasów zaborów i II RP (Kraków 2012).

W bardziej zdecydowaną fazę działania wojenne na kształtującym się dopiero froncie litewsko-białoruskim wkro­czyły w kwietniu 1919 r. wraz z ofensywą na Wilno, kontynuowaną na kierunku północno-wschodnim (białoruskim). Cele militarne tej polskiej ofensywy zostały zrealizowane stosunkowo niezbyt wysokim kosztem. Latem polskie oddziały dotarły bez większych przeszkód do Mińska i dalej jeszcze, wypierając z obszaru dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego bolszewików, ale na tym koniec. Litwa i większość Białorusi znalazły się pod kontrolą polskiego wojska, znacznie gorzej było natomiast z ważniejszą w gruncie rzeczy polityczną stroną tej operacji. Tereny te można było co najwyżej dalej okupować, ale nie było jednak jak i z kim budować na nich nowego geopolitycznego ładu, co stanowiło właściwą treść tego militarnego przedsięwzięcia. Piękna odezwa Marszałka skierowana nazajutrz po zajęciu Wilna do jego ziomków – mieszkańców ziem byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego – pozostała praktycznie bez echa[17]. A tymczasem to oni właśnie mieli teraz zgodnie z koncepcją Piłsudskiego przystąpić aktywnie do budowania struktur państwowych nastawionych przychylnie do Polski, zabarwionych wdzięcznością za przyniesioną przez polskich żołnierzy wolność od rosyjskiego zniewolenia. Stało się jednak inaczej. I jest to zarazem pierwszy, realny punkt w realizowanym z rozmachem projekcie, w przypadku którego warto postawić pytanie: czy mogło być inaczej?

Jedynym narodem w tym rejonie w pełni zdeterminowanym do budowy własnego państwa byli – poza Finami –Litwini, niegdyś współobywatele Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Kłopot w tym, że już od pół wieku fundowali oni swoją nowoczesną tożsamość narodową nie na wrogości do Rosji i Rosjan, ale Polski i Polaków. Tymczasem bez współpracy z Litwą, niedającą się obłaskawić żadną miarą – nawet za cenę rezygnacji z Wilna – pierwotna koncepcja odbudowy w jakiejś postaci Pierwszej Rzeczpospolitej – o ile oczywiście trafnie ją odczytujemy – straciła sens.

Ostatecznym gwoździem do trumny tej idei było niepowodzenie dwu nieskoordynowanych ze sobą polskich akcji podjętych pod koniec sierpnia 1919 r. – kilkudniowego powstania sejneńskiego oraz przygotowywanego przez POW przewrotu politycznego w Kownie, którego zresztą nie udało się nawet zainicjować. Po tych incydentach o żadnej współpracy polsko-litewskiej nie mogło już być mowy. Ewentualne powodzenie zamachu, w wyniku którego w stolicy Republiki Litewskiej zostałby zainstalowany propolski rząd, co mieści się w naszych poszukiwaniach alternatywnych rozwiązań, nie mogło z pewnością przemienić Litwinów w sojuszników Polski i stworzyć podstawy do trwałej współpracy[18].

Mimo braku sukcesu na tym odcinku, rosnąca szybko w siłę Polska dysponowała w ocenie Piłsudskiego potencjałem umożliwiającym dalsze działania na Wschodzie, w tym także militarne. Tak odczytuję fragment najważniejszej wypowiedzi, jaka padła z jego ust w owym czasie, a konkretnie 31 lipca w Belwederze, w rozmowie z hr. Michałem Kossakowskim, który też zapisał ją w niewydanej dotychczas części swego arcyciekawego diariusza. Wypowiedź Piłsudskiego była rodzajem instruktażu w związku z powierzoną Kossakowskiemu misją specjalną nawiązania kontaktu z bolszewikami. Odnosiła się zaś do sytuacji militarnej, ale przede wszystkim politycznej po sukcesach wiosenno-letniej kampanii na kierunku litewsko-białoruskim, gdy polscy ułani poili konie w Berezynie[19]. Jeśli gdzieś szukać klucza do wizji polityki wschodniej Piłsudskiego, to wypowiedź ta była moim zdaniem jej najbliższa, przynajmniej w momencie gdy została sformułowana. Ze względu na wagę tej wypowiedzi przytoczę najistotniejszy fragment w całości, aby nie zniekształcić myśli autora skrótami.

Tak dalej polityki prowadzić nie można. Jak to? Mamy takie nieoczekiwane chwile, taką wspaniałą okazję do dokonania na wschodzie rzeczy wielkich, zajęcia miejsca Rosji, tylko z odmiennymi hasłami i wahamy się? Boimy się dokonać czynów śmiałych, choćby wbrew koalicji, podczas gdy tą drogą – perorował Marszałek – możemy dać sobie radę wbrew takim wrogom jak Niemcy czy mafia żydowska w republice sowieckiej (…) Siły Rosji nie boję się. Gdybym teraz chciał, szedłbym teraz choćby do Moskwy i nikt by nie zdołał przeciwstawić się mej sile. Trzeba jednak na to wyraźnie wiedzieć, czego się chce i do czego dąży. Oglądając się na humory cudze niczego nie zrobimy. Zginę raczej, niźlibym z czasem miał rozpaczać, że mi zabrakło odwagi do wyzyskania może jedynej okazji wskrzeszenia całej wielkiej i potężnej Polski (…) Mimo tysięcznych dowodów w ostatnich latach – podczas których Polska jako państwo już nie istniała – boimy się dać jej zadania zbyt wielkie teraz, gdy siła kultury została poparta przez państwowość. I cóż z tego, że nasze pokolenie jest zgniłe, spodlałe w kolebce niewoli, za nim przyjdą nowe pokolenia i upomną się o warunki egzystencji lepsze niźli te, które niektórym z naszych tchórzów zdają się wystarczać.[20]

Piłsudski najwyraźniej uważał zatem, iż dotychczasową – ofensywną w oczach przeciwników, a w ocenie późniejszych krytyków wręcz ekspansjonistyczną – strategię można i warto kontynuować. Dodajmy tu jednak od razu, że takiej optymistycznej oceny polskiego potencjału militarnego na wschodzie nie podzielał dowódca frontu litewsko–białoruskiego gen. Stanisław Szeptycki. Jaki jednak miał być ostateczny, polityczny cel owej strategii? Działania wojenne na froncie polsko-bolszewickim nadal trwały, ale od zajęcia Mińska miały one charakter lokalny i można się zastanawiać czy nie były w istocie tylko pozorowane. Wydaje się, że ich jedynym celem było trzymanie bolszewików na dystans w oczekiwaniu na ostateczne wewnętrzne rozstrzygnięcie w samej Rosji. Przedłużająca się wojna domowa, niezależnie od przebiegu, osłabiała dawne imperium, co było dla Polski korzystne w perspektywie nieodległego frontalnego starcia. 13 listopada, podczas kolejnej rozmowy z Kossakowskim, odnosząc się do wojny domowej w Rosji Piłsudski mówił: „dławcie się, bijcie się. Nic mię to nie obchodzi o ile interesy Polski nie są zahaczone”[21].

Jednak ostateczny rezultat starcia białych i czerwonych nie był dla losów Polski, dla jej interesu właśnie rzeczą całkowicie obojętną i Piłsudski brał to bardzo poważnie pod uwagę. Wczesną jesienią 1919 r. istniały jeszcze szanse, że ofensywa Armii Ochotniczej gen. Antona Denikina na Moskwę zakończy się powodzeniem. Czy były one na tyle duże by angażować się po stronie białych? I przede wszystkim, czy zduszenie bolszewików może przynieść Polsce wymierne korzyści, w imię których podjęta została cała operacja? – oto pytania, na które Piłsudski musiał teraz odpowiedzieć. W obu przypadkach jego konkluzja była negatywna. Szanse na zwycięstwo białych były jego zdaniem nikłe z racji popełnianych przez nich stale tych samych błędów (brak koordynacji działań i reakcyjny w istocie program polityczny). Ale jeszcze bardziej stanowczo brzmiała jego odpowiedź na drugie pytanie. Po zwycięstwie białych, dążących niezmiennie do odbudowy jedimoj niedielimoj Rossji – oceniał Piłsudski – Polska może liczyć co najwyżej na status Kongresówki powiększonej nieco o byłą Galicję Zachodnią, bez ziem na wschodzie, ale i na zachodzie. Z całą pewnością nie będzie też odgrywała żadnej samodzielnej roli politycznej na wschodzie Europy, gdzie jej miejsce. Ta przypadnie na powrót Rosji, ku ogólnemu zadowoleniu Francji, Anglii, ale także i Niemiec. Wytyczona pod koniec tego roku linia Curzona, stanowiąca tymczasowe rozgraniczenie Polski i Rosji, w pełni potwierdzała taką ocenę. Czy warto zatem w imię takiej perspektywy przelewać nadal krew polskiego żołnierza? Czy realny interes Polski, który był nadrzędną dyrektywą koncepcji i działań Piłsudskiego, zyskałby coś na tym, poza bezwartościową wdzięcznością Zachodu?

Praktycznym efektem tych przemyśleń było wstrzymanie przez polskie wojsko wszelkich działań na froncie litewsko-białoruskim, o czym został poinformowany na początku listopada w trakcie poufnych negocjacji w Mikaszewiczach przedstawiciel bolszewików Julian Marchlewski. Pozwoliło to na wycofanie z frontu ok. 40 do 50 tys. czerwonoarmistów i użycie ich do walki przeciw Denikinowi, co zapewne przyspieszyło jego ostateczną klęskę.

Inna możliwość, czysto teoretyczna również, którą jednak dla porządku wypada tu odnotować, to pójście z bolszewikami przeciw białym. Ale co dalej po niechybnym wówczas rozbiciu sił carskich generałów? Ile warte byłyby wówczas wysuwane przez bolszewików nęcące deklaracje o możliwości wytyczenia granicy zgodnej z polskimi życzeniami, obejmującej m.in. opisanych przez Floriana Czarnyszewicza „nadberezyńców”, z jednym wszakże wyjątkiem, mianowicie Ukrainy[22]? Rosja, także bolszewicka, w żadnym wypadku nie mogła się zgodzić na utratę swego spichlerza. Bez Ukrainy zaś cała konstrukcja „polskiego” wschodu traciła sens. W rezultacie Piłsudski mimo presji ze strony antybolszewickiej Ententy zdecydował wstrzymać dalsze operacje militarne przeciw Armii Czerwonej. Cena decyzji o czasowej neutralności była jednak niemała. Dalsze ewentualne akcje na wschodzie nie mogły już liczyć nawet na pozorowane wsparcie ze strony Zachodu.

 

Odsłona druga

 

Wobec niepowodzenia pierwotnej koncepcji na przełomie 1919 i 1920 r. dojrzewa inny plan, mający już ograniczony zasięg zarówno w wymiarze przestrzennym, jak i politycznym. Znad Niemna i Berezyny akcja miała się przenieść obecnie nad Dniepr. Jej celem było, wykorzystując z jednej strony dogasającą wojnę domową, a z drugiej pospiesznie budowany sojusz z Petlurą, zajęcie wspólnymi polsko-ukraińskimi siłami obszaru od Zbrucza po Dniepr, łącznie z Kijowem, a następnie kontynuowanie już przez samych Ukraińców ofensywy na wschód w oparciu o pospiesznie budowane struktury własnego niepodległego państwa[23]. Operacja ta miała równocześnie uprzedzić przygotowywany już przez bolszewików pochód na zachód. Jego punkt wyjścia stanowić miała jak zawsze Brama Smoleńska. Tak się też stało. Uwieńczeniem pierwszej części tej operacji było zajęcie Kijowa na początku maja 1920 r. i piękna defilada oddziałów polskich i ukraińskich po bruku Kreszczatika[24]. Ale na tym znowu koniec. Dalsza część planu uległa dezaktualizacji w ciągu niespełna miesiąca. Nie jest naszym zadaniem głoszenie chwały polskiego oręża, ani też jej demitologizacja, przeto wystarczy powiedzieć, że od czerwca do października trwały krwawe i nierzadko brutalne zmagania orężne obu milionowych już teraz armii. Ich ostateczny rezultat jest znany. Realizacja tej drugiej, ograniczonej już koncepcji przyniosła, mimo powodzenia militarnego, ostateczne efekty w mocno okrojonej względem założeń postaci. Ambitny plan ogólnej przebudowy układu geopolitycznego na wschodzie Europy się nie powiódł. Zastąpiły go pozory zwycięstwa nad bolszewikami i ponowny podział spornych terenów między oba rywalizujące kraje.

Rozważmy zatem czy istniał inny, lepszy scenariusz? Po pierwsze, zawarcie pokoju z bolszewikami jesienią 1919 r. dałoby istotnie korzystniejszą, w każdym razie w sensie przebiegu, granicę na wschodzie, którą jednak moglibyśmy się cieszyć mniej więcej do lipca następnego roku. W tej sytuacji realny zysk polegałby jedynie na konieczności wyprowadzenia sowieckiej agresji z podstawy cofniętej nieco bardziej na wschód oraz być może na zwiększeniu zasobów mobilizacyjnych dla polskiego wojska. Biali już dogorywali, a równocześnie nie zmienili swego podstawowego celu – restytucji imperium. Współdziałanie z nimi nie mogło zatem przynieść Polsce bezpośrednich profitów. Pozostają wobec tego dwie iluzoryczne ewentualności, uwzględniające także element przypadkowości. Pierwsza, militarnej natury, polegałaby na tym, że marsz Konarmii Budionnego z Zakaukazia przeciągnąłby się, co w wojnie tego typu było możliwe, zaś w tej sytuacji Rydz-Śmigły zdecydowałby się bronić Kijowa. Czy zmobilizowałoby to Ukraińców do większej determinacji, a w konsekwencji przyniosło trwalszy skutek – trudno powiedzieć. Początek ofensywy Tuchaczewskiego był już bowiem bliski.

I druga możliwość, również o podłożu wojskowym – wszak toczy się nadal wojna – ale nie tylko, byłaby powrotem do rozważanej już koncepcji współpracy z białymi. Punktem wyjścia dla jej praktycznej realizacji byłoby prowadzenie bardziej energicznych działań w ramach polskiej kontrofensywy od września, z wcześniejszym o dwa tygodnie rozegraniem decydującej w wojnie 1920 r. bitwy niemeńskiej, a następnie kontynuowaniem dalszej ofensywy na wschód. Ale droga do Moskwy była daleka i już nie do przejścia. Bardziej energiczne działania mogły jednak dać pozytywny efekt w postaci wytyczenia przesuniętej dalej na wschód granicy, obejmującej duże skupiska Polaków na Białorusi (Mińszczyzna) i Ukrainie (Żytomierszczyzna). Mogła też – i tu wracamy do kluczowej kwestii – wesprzeć ostatni krymski bastion białych i umożliwić „Przywódcy Południa Rosji” gen. Wranglowi stworzenie i utrzymanie tam państewka, będącego ideową alternatywą Rosji bolszewików.

Głównodowodzący Sił Zbrojnych Południa Rosji gen. Piotr Wrangel był jedynym przywódcą białych, który zrozumiał konieczność porzucenia dotychczasowego, imperialnego kursu i próbował to w praktyce realizować. Jednak jego wizja relacji z Polską niewiele odbiegała od poglądów jego poprzedników[25]. O przyszłych relacjach między obu państwami milczał, dopuszczał jedynie możliwość współdziałania wojsk polskich i rosyjskich pod wspólnym francuskim dowództwem. Głównym partnerem w jego grze była bowiem Francja. Napływające z Sewastopola informacje nie zachęcały więc do angażowania się po jego stronie. Trudno przewidzieć, jak długo to niewielkie państwo zdołałoby przetrwać na południu Rosji korzystając z polskiego wsparcia. Wiadomo natomiast, że Lenin i jego towarzysze bardzo obawiali się takiego właśnie scenariusza. „Krym w rękach białych byłby tykającą bombą pod ich bokiem”[26]. Obawy bolszewików znał również Piłsudski z raportu szefa ekspozytury polskiego wywiadu w Bernie mjr Zygmunta Ołdakowskiego. Taki „biały Tajwan” nie zagrażał interesom Polski, stanowił natomiast duży problem dla czerwonych. Jego wizję nakreślił po latach znany radziecko/rosyjski pisarz Wasilij Aksionow w powieści Wyspa Krym[27].

Można więc przyjąć, że militarne wsparcie dla Wrangla jesienią 1920 r. nie godziło w polski interes narodowy, jakim kierował się dotychczas Piłsudski. Przeciwnie, osłabiając Rosję bolszewicką działało na jego korzyść. Dlaczego więc stało się inaczej? W pierwszych dniach września Naczelnik Państwa poinformował specjalnego wysłannika Wrangla gen. Piotra Machrowa o braku zainteresowania militarnym współdziałaniem. Wcześniej, bo na przełomie lipca i sierpnia 1920 r. to Wrangel podjął ofensywę, oczywiście nie po to, by ratować Warszawę, ale by osłabić nacisk sił bolszewickich na Krym. Przyczyn takiej a nie innej decyzji Marszałka możemy poszukiwać w kilku, niesprzecznych zresztą z sobą okolicznościach. Przede wszystkim należałoby rozstrzygnąć, czy poparcie Wrangla było wówczas jeszcze wykonalne. Może to zmęczenie wojną, wyczerpanie materialne, ale i psychiczne dało się już we znaki i skłaniało do szybkiego jej końca bez oglądania się na koszty? Może u podstaw decyzji Marszałka legła niewiara w dostateczne siły Polski po blisko dwuletnich zmaganiach? Może to wreszcie przypisywana mu często głęboko zakorzeniona wrogość do białych, emocja, która chwilowo wzięła górę nad umysłem? A może to chęć, by w obliczu niewątpliwego już niepowodzenia własnej idei i konieczności realizowania de facto koncepcji narodowych demokratów uczynić to ich rękami i w najgorszej wersji, aby można ją było w przyszłości z łatwością zaatakować?

I tu na koniec wracamy do pełnej pasji krytyki polityki wschodniej Piłsudskiego skreślonej piórem jego krajana i imiennika Józefa Mackiewicza. Krytyki biorącej za punkt wyjścia przede wszystkim aspekt moralny i historiozoficzny, ale uwzględniającej, przynajmniej do pewnego stopnia, wagę realnych przesłanek, jakimi kierował się Marszałek oraz cały złożony kontekst, w jakim te wypadki się rozgrywały. Stąd też jego krytyka ma znacznie więcej adresatów. Tym niemniej znakomity pisarz, który jako młody ułan uczestniczył w tej wojnie, był święcie przekonany o konieczności, ale i możliwości dalszego jej prowadzenia przez Polskę jesienią 1920 r. Ale czy tak było na pewno?

Ostateczna konkluzja jest niezbyt pociągająca. Nie dało się stworzyć wyrazistego, spójnego scenariusza alternatywnego biegu wypadków opartego o coś więcej niż czyste spekulacje, abstrahujące od twardych realiów. Być może wynika to z ograniczeń naszej wyobraźni, która jest bardzo ważnym czynnikiem w takim przypadku. A może także i dlatego, że – jak twierdzi Alexander Demandt – metodologia historii alternatywnej w przypadku dużych zjawisk o charakterze masowym, procesów społecznych, gdzie przypadek czy wola jednostki odgrywa stosunkowo niewielką rolę, a z takimi mieliśmy tu do czynienia, nie sprawdza się po prostu[28]. Zbyt wiele różnych okoliczności (m.in. wzajemne nastawienie Piłsudskiego i Wrangla oraz ich zaplecza, także decyzja Ententy o obronie Krymu) musiałoby przybrać inną postać, aby złożyć się w efekcie na alternatywny scenariusz tego starcia.

 

[1]     Co by było gdyby… Historia alternatywna, red. J. Osica, A. Sowa, Warszawa 1998, tychże, Historia alternatywna: co by było gdyby…, Warszawa 2009, Gdyby…. Całkiem inna historia. Historia kontrfaktyczna, red. J. Sabak, Warszawa 2008 , P. Wieczorkiewicz i in., Dylematy historii: nos Kleopatry czyli co by było gdyby…, Warszawa 2004.

[2]     W. Orłowski, Stulecie chaosu: alternatywne dzieje XX wieku, Warszawa 2006.

[3]     F. Nietsche, O pożyteczności i szkodliwości historii dla życia, [w:] Niewczesne rozważania, Dz., t. XIII, Warszawa 1910.

[4]     Cyt. za: Co by było…, dz. cyt., s. 6-8.

[5]     Przykładowo: T. Parnicki, Opowieść o trzech Metysach, t. 1-2, Warszawa 1992, J. Dukaj, Lód, Kraków 2007. Szerzej o tym rozróżnieniu zob. Historia alternatywna…, dz. cyt., s. 8 i n.

[6]     Por. K. Zamorski, Dziwna rzeczywistość: wprowadzenie do ontologii historii, Kraków 2009, s. 225 i n.

[7]     E. Woyniłłowicz, Wspomnienia 1847-1928, Wilno 1931, s. 318-319.

[8]     A. Krzyżanowski, Z historii stosunków polsko-sowieckich nazajutrz po wojnie światowej, „Przegląd Współczesny” 1936, t. LVIII, nr 73.

[9]     Zob. Z. Opacki, Między uniwersalizmem a partykularyzmem. Myśl i działalność społeczno-polityczna Mariana Zdziechowskiego 1914-1938, Gdańsk 2006, s. 369 i n.

[10]    J. Mackiewicz, Zwycięstwo prowokacji, Monachium 1962, tenże, Lewa wolna: powieść, Londyn 1965. O samym autorze czytaj W. Bolecki, Ptasznik z Wilna: o Józefie Mackiewiczu (zarys monograficzny), Kraków 2007, zaś o różnych aspektach jego twórczości zob. Zmagania z historią: Życie i twórczość Józefa Mackiewicza i Barbary Toporskiej. Materiały z konferencji w Muzeum Polskim w Rapperswilu, opr. N. Kozłowska, M. Ptasińska, Warszawa 2011.

[11]    A. Demandt, Historia niebyła. Co by było gdyby…?, Warszawa 1999, s. 50 i n.

[12]    Oprócz białej i czerwonej była i trzecia, demokratyczna Rosja, zbyt słaba jednak by stać się samodzielnym podmiotem politycznej rozgrywki, por. A. Nowak, Polska i trzy Rosje. Studium polityki wschodniej Józefa Piłsudskiego (do kwietnia 1920 roku), Kraków 2001, passim.

[13]    O losach tych ziem i ich mieszkańców zob. T. Snyder, Rekonstrukcja narodów: Polska, Ukraina, Litwa i Białoruś 1569-1999, Sejny 2006, passim.

[14]    Por. np. utrzymaną w tym duchu wypowiedź Naczelnika Państwa w trakcie rozmowy z W. J. Rose, brytyjskim ekspertem od spraw Europy Wschodniej wieczorem 4 marca 1919 w Belwederze, W. Jędrzejewicz, J. Cisek, Kalendarium życia Józefa Piłsudskiego 1867–1935, Kraków-Łomianki 2006, t. 2, s. 185.

[15]    Dwie pierwsze interpretacje mają obszerną literaturę, można je też odnaleźć na kartach podręczników szkolnych i akademickich pochodzących z różnych okresów. Trzecia zawarta jest w studium A. Nowaka, Wizja polityczna Józefa Piłsudskiego, [w:] Józef Piłsudski: wyobraźnia i dzieło polityczne, red. J. Machnik, A. Nowak, Kraków 2006, s. 23.

[16]    T. Gąsowski, Wojna polsko-bolszewicka: 1919-1920, Kraków 1990, s. 9 i n.

[17]    J. Piłsudski, Pisma, mowy, rozkazy, Warszawa 1937, t. 5, s. 75-76. Ogłoszona 22 kwietnia 1919 r. w Wilnie w językach polskim i litewskim, w pierwszym rzędzie kierowana była bowiem do Litwinów. Niemal równo rok później została ogłoszona utrzymana w podobnym duchu odezwa Naczelnego Wodza Wojsk Polskich Do wszystkich mieszkańców Ukrainy, tamże, s. 155-156. Jej skutek był równie nikły.

[18]    Szerzej o tym zob. P. Łossowski, Konflikt polsko-litewski 1918-1920, Warszawa 1996, passim.

[19]    Był to 15 Pułk Ułanów Poznańskich, dowodzony wówczas przez płk. Władysława Andersa.

[20]    Tajne rokowania polsko-radzieckie w 1919 roku. Materiały archiwalne i dokumenty, opr. W. Gostyńska, Warszawa 1986, s. 177.

[21]    Tamże, s. 338.

[22]    F. Czarnyszewicz, Nadberezyńcy. Powieść w trzech tomach osnuta na tle prawdziwych wydarzeń, Kraków 2010, s. 367 i n.

[23]    Szerzej o tym J. J. Bruski, Petlurowcy, Kraków 2004, zob. też A. Serednicki, Symon Petlura – życie i działalność, Łowicz 1997.

[24]    T. Kutrzeba, Wyprawa kijowska 1920 roku, Warszawa 1937.

[25]    D. Wierzchoś, Generał Piotr Wrangel. Działalność polityczna i wojskowa w latach rewolucji i wojny domowej w Rosji, Kraków 2008, s. 133 i 229.

[26]    Cyt za: A Nowak, „Lewa wolna” albo o spiskach Piłsudskiego z Leninem, „Arcana” 2007, nr 2-3, s. 184 i n.

[27]    W. Aksionow, Wyspa Krym, Warszawa 2001.

[28]    A. Demandt, Historia niebyła…, dz. cyt., s. 131 i n.

Sponsorzy:

Muzeum Historii Polski Patriotyzm Jutra

Dofinansowano ze środków MHP w ramach programu „Patriotyzm Jutra”

Teksty prezentowane na niniejszej stronie są dostępne na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa – 3.0 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Ośrodka Myśli Politycznej i Autorów tekstów.

Ilustracje, design: Stereoplan